Wyróżniono Grzeszczaka

Eugeniusz Grzeszczak otrzymał wyróżnienie „Lidera Pracy Organicznej”
Eugeniusz Grzeszczak otrzymał wyróżnienie „Lidera Pracy Organicznej”
Eugeniusz Grzeszczak otrzymał wyróżnienie „Lidera Pracy Organicznej”

Eugeniusz Grzeszczak – Poseł na Sejm RP, Minister w Kancelarii Premiera, a jednocześnie prezes gospodarczego Stowarzyszenie im. E. Kwiatkowskiego otrzymał od Towarzystwa im. Hipolita Cegielskiego w Poznaniu wyróżnienie ,,Lidera Pracy Organicznej”. Uroczystość miała miejsce w siedzibie Word Trade Center Poznań. Jak mówił podczas wręczenie prezydent towarzystwa dr Marian Król – Poseł Grzeszczak przejawia już od wielu lat aktywną postawę na wielu niwach działalności społecznej.

Od wielu stowarzyszeń poczynając, na straży pożarnej kończąc. Z wielką więc przyjemnością kapituła przyznaje ten tytuł w dowód uznania dotychczasowej działalności. Dzisiaj ludźmi pracy organicznej w nowoczesnym rozumieniu są nie tylko inżynierowie i przedsiębiorcy, nie tylko pracownicy przemysłowi czy lekarze, ale również naukowcy, politycy, duchowni, szefowie wielkich organizacji gospodarczych – wszyscy ci, których działalność służy najlepiej pojętemu interesowi państwa i narodu.

Towarzystwo im. Hipolita Cegielskiego z siedzibą w Poznaniu, ma jako jeden ze swoich głównych celów odnowienie i upowszechnianie w polskim społeczeństwie idei tak właśnie rozumianej pracy organicznej: służenia państwu i narodowi. Wśród wielu działań Towarzystwa jest więc ukazywanie i promowanie jako wzorców osobowych postaci polskiego życia publicznego, gospodarczego i naukowego, które w szczególny sposób zasługują dzisiaj na miano Liderów Pracy Organicznej.

Osobistości te w uznaniu ich zasług, w uznaniu dla ich pracy są też w specjalny sposób honorowane wyróżnieniem przyznawanym przez Kapitułę Honorowego Hipolita, powołaną przy Towarzystwie im. Hipolita Cegielskiego. Wyróżnieniem jest przyznawana przez Kapitułę Statuetka Honorowego Hipolita oraz dyplom nadania godności Lidera Pracy Organicznej.

Wyróżnienie to, którym uhonorowano już wiele osobistości zyskało wielki prestiż w środowisku elity społecznej. Stało się bowiem legitymacją kwalifikacji patriotycznych i moralnych, legitymacją służby społecznej.

  1. Konflikt interesów Pawlaka
    Platforma Obywatelska ma problem. Powinna wyjaśnić towarzysko-biznesowe powiązania wicepremiera i szefa PSL Waldemara Pawlaka. Ale wczoraj nikt się do tego nie palił. Na wszelki wypadek
    Gdyby okazało się, że wicepremier i szef koalicyjnego PSL Waldemar Pawlak zbudował wokół siebie układ towarzysko-biznesowy, który – jak doniósł wczorajszy „Dziennik” – żyje dzięki publicznym pieniądzom, Platforma musiałaby ostro zareagować. Może nawet – w imię wysokich standardów, które obiecywał premier Donald Tusk – wyrzucić Pawlaka z rządu.

    Ale to oznaczałoby rozpad koalicji, bo ludowcy z pewnością staną murem za swoim prezesem, zwłaszcza że większość z nich nie widzi w nepotyzmie nic złego.
    Wczoraj politycy PO byli ostrożni w komentarzach. Na pytanie, czy premier zażądał wyjaśnień od wicepremiera, usłyszeliśmy od Pawła Grasia, rzecznika rządu, że Pawlak był na pogrzebie poza Warszawą, a Tusk „realizował swój kalendarz”. – Wicepremier zapowiedział rano, że dziś będzie sprawę wyjaśniał – powiedział „Gazecie” Graś.

    Rzeczywiście, szef ludowców obiecał na blogu, że odniesie się do zarzutów. Ale potem był nieuchwytny. Jak powiedziała nam rzeczniczka Ministerstwa Gospodarki Agnieszka Gapys, wicepremier z powodu wyjazdu nie będzie się kontaktował z dziennikarzami.

    Spółki wicepremiera żyją ze straży

    Opisany układ Pawlaka polegał na tym, że do spółek kontrolowanych przez konkubinę wicepremiera, jego kolegów ze studiów i sąsiadów, trafiały budżetowe dotacje przeznaczone dla Ochotniczych Straży Pożarnych. Według „Dziennika” m.in. MON i MSWiA przekazywały OSP 50-60 mln zł.

    Według ustaleń „Gazety” z MSWiA pod rządami PiS popłynęło do OSP rocznie od ok. 26 do ok. 28 mln zł. Pod rządami koalicji PO-PSL dotacja wzrosła do ponad 33 mln zł. Z MON było to ok. kilkadziesiąt tysięcy.

    Pawlak, będący szefem OSP, w tych spółkach nie ma udziałów. Te, które posiadał, przekazał fundacji Porozumienie dla Rozwoju. Od 2006 r. kieruje nią jego 71-letnia matka, rolniczka ze wsi Pacyna.

    Fundację stworzył Franciszek Mleczko, doradca Pawlaka w latach 90. Gdy Pawlak jako szef Warszawskiej Giełdy Towarowej został prezesem fundacji, włączył do niej udziały dwóch spółek – 3i oraz WIP.

    Spółka 3i, której Pawlak był udziałowcem, od lat żyje ze współpracy ze strażakami. Ma u nich siedzibę i świadczy im usługi informatyczne. Jako prezes zarządu głównego OSP Pawlak wynajmował spółce 3i lokal w budynku strażaków. W 3i przez lata zarabiała Iwona Katarzyna Grzymała, konkubina wicepremiera (od 2003 r. była prezesem firmy) i jego sąsiad ze wsi Pacyna Krzysztof Filiński.

    Spółkę WIP, czyli Wyszukiwanie Informacji Profesjonalnej, Pawlak założył razem z kolegą ze studiów Krzysztofem Szpotonem (w zeszłej kadencji asystentem poselskim Pawlaka). W 2004 r. szef ludowców jako prezes Warszawskiej Giełdy Towarowej zawarł umowę z WIP (czyli z samym sobą) na pomoc w zarządzaniu giełdą. Pomoc płatną.

    Wicepremier sprzedał fundacji udziały w WIP, ale zarobionych na tym 45 tys. zł nie wpisał do oświadczenia majątkowego. Od WIP konkubina Pawlaka kupiła dwa apartamenty w Żyrardowie, w których dziś mieszka z wicepremierem.

    Ze strażą powiązana jest też firma Plocman, która należy do Wojciecha Nowysza, kolegi Pawlaka ze studiów. Gdy w 2003 r. Iwona Katarzyna Grzymała została prezesem Plocmana, firma zaczęła dostawać od straży zlecenia na szkolenia i opracowanie oprogramowania. Udziały w Plocmanie objęła też spółka 3i. Dopiero po wejściu Pawlaka do obecnego rządu Grzymała odeszła z Plocmana i przestała być prezesem 3i.

    Ludowcy murem za swoim szefem

    – Nikt nie postawił zarzutu jakiegokolwiek złamania prawa. Natomiast pytanie o standardy w życiu publicznym jest oczywiście warte dyskutowania – mówił rano w RMF FM marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Zapowiedział, że oświadczenie majątkowe wicepremiera sprawdzi Komisja Etyki Poselskiej.

    Pawlaka bronili politycy PSL.

    – Złamał prawo? Popełnił jakieś przestępstwo? Bo jeśli to tylko oskarżenia o nepotyzm, to jestem ostrożny. Do relacji medialnych podchodzę z dystansem. Mnie też oskarżano o załatwienie bratu pracy – mówił „Gazecie” poseł PSL Eugeniusz Kłopotek.

    Także szef klubu PSL Stanisław Żelichowski zachowuje rezerwę. – Jak lekarz pracuje w szpitalu, gdzie ordynatorem jest jego ojciec, to się nazywa kontynuowanie tradycji rodzinnych, a jak rolnik kogoś zatrudnia, to prasa pisze o nepotyzmie.

    Zdaniem prof. Leny Kolarskiej-Bobińskiej, szefowej Instytutu Spraw Publicznych, premier powinien dokładnie zbadać sprawę, zwłaszcza że nie po raz pierwszy dziennikarze zarzucają ludowcom nepotyzm.

    – Tym razem nie obejdzie się bez poważnej rozmowy w koalicji – mówi „Gazecie” prof. Kolarska-Bobińska. – Cały ten układ zależności rodzi podejrzenia o konflikt interesów. Tylko nie wiadomo, jak sprawa zostanie wyjaśniona. Może ludowcy znowu powiedzą, że rodzinę trzeba wspierać i nie ma w tym nic złego.

    Pitera: Pawlak powinien odejść z OSP
    Nepotyzm ma długą tradycję

    Chodzi o zatrudnianie PSL-owskich pociotków w spółkach podległych ministrowi rolnictwa Markowi Sawickiemu. W maju 2008 r. pisaliśmy, że pracę dostali bez konkursów m.in. brat posła Kłopotka, syn Żelichowskiego, współpracownik wicemarszałka Sejmu Jarosława Kalinowskiego, szef gabinetu politycznego ministra rolnictwa oraz jego doradca.

    Wcześniej premier zdymisjonował związanego z PSL szefa Agencji Rynku Rolnego Bogdana Twarowskiego. – Nie będę współpracował z ludźmi, co do których nie mam stuprocentowej pewności, iż spełniają wysokie kryteria niezbędne, by szefować w urzędach centralnych – mówił wtedy Tusk.

    Twarowskiemu zarzucono łamanie prawa (zasiadanie w radach nadzorczych trzech spółek zależnych od Agencji), trwonienie pieniędzy na luksusowe dodatki, dyskryminowanie pracowników.

    Po tych wydarzeniach doszło do koalicyjnego spotkania na szczycie, gdzie Tusk miał stanowczo zażądać od Pawlaka przestrzegania standardów.

    Jak będzie tym razem? Z nieoficjalnych rozmów z politykami PO wynika, że sprawa koalicją raczej nie wstrząśnie. – W artykule brakuje informacji, jakie kwoty z budżetowych pieniędzy trafiały do firm związanych z Pawlakiem. A to kluczowa sprawa. Bo jeśli to były miliony, to rzeczywiście jest problem, ale jeśli pięć czy dziesięć tysięcy, to nie ma o czym mówić – ocenia ważny polityk Platformy.

    – Wszystko zależy od tego, czy Pawlak będzie w stanie się wytłumaczyć – mówi osoba z kierownictwa PO. – Jeśli się nie wybroni, trzeba będzie podjąć radykalną decyzję albo odgryźć własny język.

    Źródło: Gazeta Wyborcza

  2. Niepewny los wojewody wielkopolskiego
    Kontrola MSWiA potwierdziła zarzuty „Gazety”: wojewoda ominął przepisy, co miało ułatwić nabycie zakładów w Kaliszu Ochotniczej Straży Pożarnej kontrolowanej przez polityków PSL
    Dwa tygodnie temu ujawniliśmy kulisy prywatyzacji Kaliskich Zakładów Przemysłu Terenowego. Chciała je kupić Ochotnicza Straż Pożarna. Negocjacje z urzędnikami wojewody wielkopolskiego trwały blisko rok, a za strażą stali politycy i robili wszystko, by tę transakcję ułatwić.

    Do wojewody z nominacji PO – Piotra Florka – dzwonił sekretarz stanu z ramienia PSL – Eugeniusz Grzeszczak, który na zarządcę kaliskiego zakładu polecił księgową Grażynę Pieckowską. Była to ta sama osoba, która wcześniej reprezentowała interesy strażaków. Wojewoda wyraził zgodę, a następnie zapewniał, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, a on o powiązaniach księgowej ze strażakami nie wiedział. Po rozmowie z „Gazetą” postanowił jednak wycofać się ze sprzedaży zakładu i ponownie ogłosić prywatyzację. Sprawą po naszej publikacji zajął się jednak minister Grzegorz Schetyna – kazał skontrolować wielkopolski urząd.
    – Nasza kontrola potwierdziła zarzuty „Gazety” – mówi rzeczniczka MSWiA Wioletta Paprocka.

    Wnioski pokontrolne: • Wojewoda powołał zarządcę zakładu, omijając przepisy. Bo powinien go wyłonić w konkursie. I choć tłumaczył, że mógł ominąć konkurs w „uzasadnionym przypadku”, to podczas kontroli go nie uzasadnił. • Wojewoda twierdzi, że nie wiedział o wcześniejszych powiązaniach zarządcy ze strażakami. Kontroler zapytał o to pracowników urzędu z wydziału skarbu państwa. Odpowiedzieli, że wojewoda nie mówi prawdy, bo informowali go o tych powiązaniach

    – Wojewoda przyznał, że zarządca został mu polecony przez „znaną osobę”. Nie chciał jednak powiedzieć, czy istotnie chodziło o sekretarza stanu z PSL – mówi Wioletta Paprocka.

    Sam wojewoda Florek nie chciał komentować wyników kontroli, tłumacząc, że ich nie zna.

    O losie wojewody zdecyduje w najbliższym czasie minister Schetyna. A co z sekretarzem stanu z kancelarii premiera Eugeniuszem Grzeszczakiem?

    Po naszej publikacji przyznał, że interesował się losami kaliskiego zakładu i rozmawiał z poznańskim wojewodą. Twierdzi jednak, że nie sugerował żadnych nazwisk. Również wicepremier i szef zarządu ochotniczej straży Waldemar Pawlak zapewniał, że strażacy mają w tej transakcji czyste sumienie.

    Jeden z urzędników kancelarii premiera powiązany z PO komentuje: – Kontrola wykazała, że nasz wojewoda dał się zmiękczyć człowiekowi PSL i ominął przepisy. Kara na pewno będzie. Oczekujemy, że PSL to samo zrobi z Grzeszczakiem.

    Źródło: Gazeta Wyborcza
    http://wyborcza.pl/1,76842,5851215,Niepewny_los_wojewody_wielkopolskiego.html

  3. „psl”… nie mylić z PSL – ma struktury zdublowane ( a właściwie stryblowane i skwadryblowanew całym kraju.
    Są one oparte na:

    po pierwsze – strukturze klasycznie rozumianej PSL tj koła i struktury polityczne
    po drugie – na strukturze BGŻ tj jego radach nadzorczych i zarządach
    po trzecie – na strukturach dotacyjno ARiMRowskich i innych strukturach rozdzielczo-kumoterskich środków unijnych celowych dla rolników-bogaczy.
    po czwarte – na strukturze orzecznikowskiej (zusowsko-krusowskiej) i strukturze egzaminacyjno-kwalifikacyjnej.

    Wszystkie struktury wymyślone i stworzone dla zakulisowego stymulowania „poparcia” dla PSL na poziomie lokalnym gwarantują każdorazowo poparcie rzędu uzyskiwanego przez poszczególne kadencje w sejmie. To błędna ocena, że mafia-psl się zwija. Co najwyżej jakiś lokalny kacyk mafijny jest usuwany a jego komórkę przejmuje ktoś inny z klucza ustalonego o „oczko” wyżej w hierarchii. Taką gwałtowna wymianę obserwuję również w kuj – pom. Pomysł na wyrąbanie nieproduktywnych kacyków lokalnych był bardzo prosty. Przerąbali swoje majątki (wcale przecież nie takie duże) na handlu zbożem i zakładanych profitach z jego przechowywania. Okazało się, że firma zawiadywania przez grubawą rybę psl-owca umoczyła stu kilkudziesięciu stojących o oczko niżej kacyków defraudując ich pieniądze i zboże. Co to oznacza? Ano moim zdaniem dojście do władzy młodych wilków: wymianę elit i odesłanie na zieloną trawkę dotychczasowych, ale z pewnością nie oznacza zjawiska zwijania się „psl-u”: tj kury znoszącej złote jaja.

    (w opisie pominąłem inne zdominowane i zawłaszczone przez psl-mafię struktury państwa. Je można by wymieniać na kilku stronach maszynopisu)
    http://www.ivrp.pl/printview.php?t=5875&start=0&sid=8ab9cec0b7b9a2d0879f05035fd88423

  4. Gratulacje
    Roman gratuluję trafnego tekstu obnażającego patologie naszego życia prowincjonalnego. Tylko jedno sprostowanie – turniej w 2007 r. organizował MKS „olimpia” i obecny burmistrz Drożdżewski miał tylko tyle z nim wspólnego,że uczestniczył we wręczaniu nagród drużynom z Polski, Ukrainy i Węgier na jego zakończeniu. Natomiast w następnym roku, gdy Pan R. został już pozbawiony funkcji w klubie „Olimpia” Koło i usiłował zorganizować taki turniej na własną rekę, obecny burmistrz Drożdżewski odmówił współpracy z tą osobą. Czyli coś jednak się zmieniło – przynajmniej jeśli chodzi o władze miasta.
    Wydaje mi się, że nie poruszyłeś wszystkich wątków tej sprawy np. roli teścia Romana R. – Zenona S., który był i jest głównym inicjatorem kontaktów kolskiego starostwa z lokalnymi władzami na Ukrainie na czele z S. Tatusiakiem, który jest częstym gościem Starosty Oblizajka. Inny ciekawy wątek to udział Romana R. w kampanii wyborczej do Sejmu w 2007 r. obecnego sekretarza stanu w Kancelarii Premiera Eugeniusza G. z PSL, która polegała na odwiedzaniu lokalnych prezesów OSP w powiecie kolskim i wręczaniu im sporych ilości alkoholu w zamian za popieranie przez członków danej OSP tego kandydata. Później po wyborach Roman R. kontaktował się z Eugeniuszem G. chcąc uruchomić produkcję mundurów strażackich z dofinansowaniem ich zakupu przez poszczególne OSP z budżetu MSWiA. Chyba nic z tego nie wyszło – byłaby to konkurencja dla wytwórni umundurowania w Brzezinach, ale rzuca to ciekawe światło na proceder rozdziału państwowych pieniędzy przeznaczanych na wsparcie OSP (porównaj artykuły w „Dzienniku” o interesach Waldemara P. i zakusach przejęcia zakładu produkcji hełmów strażackich w Kaliszu), a znając pazerność tych PSLudzi to tylko część tego o czym mogliśmy się dowiedzieć.
    więcej:
    http://romano-manka-wlodarczyk.salon24.pl/145333,tak-dziala-mafia-na-prowincji

  5. I ciekawostka o dr. Marianie Królu :
    Pierwszy z prawej p. Krzysztof Karoń – Przewodniczący Komisji Rewizyjnej Towarzystwa Hipolita Cegielskiego, Prezes ZPRyb, trzeci z prawej p. dr Marian Król – Prezydent Towarzystwa Hipolita Cegielskiego, Członek Honorowy w Związku Producentów Ryb.
    http://www.zpryb.pl/odsloniecie_pomnika_H_Cegielskiego.php

  6. ‚GK’: Ludwik Węgrzyn przestał być doradcą w Kancelarii Premiera
    Cień ‚Tankowni’

    Eugeniusz Grzeszczak, minister w Kancelarii Premiera, rozwiązał umowę o pracę z byłym starostą bocheńskim Ludwikiem Węgrzynem. Dymisję doradcy od zeszłego tygodnia sugerował dziennik „POLSKA Gazeta Krakowska” wskazując na związek samorządowca ze sprawą bocheńskiej „Tankowni”.
    Rzecznik rządu Agnieszka Liszka w oświadczeniu cytowanym dziś w tekście „GK zwolniła doradcę ministra” podkreśla, że dymisja Węgrzyna w żaden sposób nie przesądza o winie samorządowca. – Postępowanie jest w toku i dobrze by było powstrzymać się do jego zakończenia od ferowania wyroków.

    Jak pisze „GK” minister Grzeszczak zdecydował się rozwiązać umowę o pracę z Węgrzynem do czasu wydania wyroku przez sąd i deklaruje, że w przypadku uniewinnienia ponownie zaprosi bocheńskiego samorządowca do współpracy.

    [siano] źródło: POLSKA Gazeta Krakowska, 7.02.2008
    Oskarżony doradza ministrowi
    Były starosta bocheński Ludwik Węgrzyn, oskarżony o niedopełnienie obowiązków służbowych, pracuje jako doradca w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Interwencję u premiera Donalda Tuska zapowiada minister Julia Pitera.
    – Nie wyobrażam sobie, aby osoba oskarżona o przestępstwo doradzała ministrom w naszym rządzie. W 39-milionowym narodzie z pewnością można znaleźć fachowców, których działalność nie budzi podejrzeń – komentuje minister Pitera zatrudnienie Węgrzyna jako doradcy Eugeniusza Grzeszczaka, sekretarza stanu w kancelarii premiera. O nowej pracy byłego starosty w Bochni poinformowała w piątek „Polska. Gazeta Krakowska”. Obecny radny PSL-u powiatu bocheńskiego zarabia 1000 zł na rękę za 1/4 państwowego etatu. Doradza w kwestiach samorządu, choć ciążą na nim prokuratorskie zarzuty niedopełnienia obowiązków w pracy samorządowej.

    Sprawa karna ciągnie się od kilku lat. Dotyczy budowy stacji benzynowej (Tankowni) pod Bochnią. Okazały obiekt z restauracją i hotelem otworzył latem 2004 roku właściciel miejscowej rzeźni, który działkę nabył jako teren rolniczy. Wbrew protestom okolicznych mieszkańców i zapisom miejscowego planu przestrzennego dostał zgodę na inwestycję. Śledztwo kilkakrotnie umarzano. Akt oskarżenia powstał dopiero, kiedy postępowanie trafiło do krośnieńskiej prokuratury.
    Węgrzyn jest jednym z kilkorga urzędników bocheńskiego magistratu i starostwa, którzy usłyszeli zarzuty. Przed sądem odpowiada za niedostateczny nadzór nad urzędnikami i dopuszczenie do nielegalnej budowy. Zdaniem sąsiadów stacji benzynowej miał stać za całym przekrętem. Publicznie zapowiadał bowiem wydanie pozwolenia na inwestycję.

    Minister Pitera poznała Węgrzyna, kiedy z Transparency International badała sprawę Tankowni. Krytykowała wówczas ślamazarne śledztwo miejscowej prokuratury, którą kierowała żona starosty. – Póki sąd nie oczyści go z zarzutów, nie powinien pełnić publicznych funkcji – podkreśla. Wystąpiła już o dokumentację dotyczącą śledztwa. Po jej skompletowaniu zapowiada interwencję u Donalda Tuska. – Trudno mi uwierzyć, że minister Grzeszczak mógłby zatrudnić osobę, o której wie, że ma sprawę karną w sądzie – dodaje.

    Minister Grzeszczuk przebywa od kilku dni za granicą i jest nieuchwytny dla prasy. Jest kolegą partyjnym Węgrzyna, był też starostą powiatowym w wielkopolskiej Słupcy. Jego decyzji kadrowej bronią inni działacze PSL-u, w tym poseł Wiesław Woda, szef małopolskich ludowców. Oskarżonego przedstawiają jako świetnego, uczciwego fachowca. – Doskonale zna problematykę prawną i finansową samorządów. A prokuratorskie zarzuty nie dotyczą korupcji, lecz niedopełnienia obowiązków – przekonuje poseł Woda.

    Węgrzyn zapewnia, że informował pracodawcę o śledztwie i zarzutach. – I nie było żadnych zastrzeżeń. Z całym szacunkiem dla minister Pitery, ale w naszym kraju to sądy, a nie ona decyduje o winie – odparł.

    Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

    Julia Pitera prześwietli Ludwika Węgrzyna
    Cień ciągle niewyjaśnionej ‚Tankowni’

    Dziennik „POLSKA Gazeta Krakowska” informuje dziś na pierwszej stronie o awansie byłego bocheńskiego starosty Ludwika Węgrzyna (został rządowym ekspertem) w kontekście zarzutów, jakie prokuratura postawiła mu w sprawie „Tankowni”.
    Gazeta zainteresowała tematem Julię Piterę, minister w Kancelarii Premiera odpowiedzialną za zwalczanie korupcji, a ta oburzona zapowiedziała, że w sprawie samorządowca porozmawia z szefem rządu. – Premier Donald Tusk musi się dowiedzieć o jego przeszłości i dowie się tego ode mnie. Z kolei Agnieszka Liszka, rzeczniczka prasowa rządu zapowiedziała, że samorządowiec będzie musiał złożyć obszerne wyjaśnienia.

    Prokuratura zarzuca byłemu staroście, że w 2001 roku pełniąc swoją funkcję nie dopilnował podległych sobie urzędników, którzy z jego upoważnienia wydali pozwolenie na budowę stacji paliw przy ul. Proszowskiej w Bochni. Oparli się przy tym na decyzji burmistrza miasta (dotyczącej ustalenia warunków zabudowy), która zdaniem prokuratury naruszała obowiązujący miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

    Zawiłości administracyjnych decyzji badało kilka prokuratur, a sprawa ciągnie się już od siedmiu lat. Jesienią zeszłego roku proces wreszcie ruszył przed sądem w Tarnowie. Na jego finał z niecierpliwością czekają nie tylko wszyscy obserwatorzy, ale także sami urzędnicy, którzy uważają, że są niewinni i pomyślny dla nich wyrok pozwoliłby im oczyścić się w oczach opinii publicznej.

    Poproszony przez „Polskę” o komentarz Ludwik Węgrzyn powiedział jedynie: – W jednej sprawie zostałem uniewinniony w ubiegłym roku, druga trwa już siedem lat. Mój komentarz jest krótki. Największym uczuciem w naszym kraju jest bezinteresowna zawiść. W czystej postaci towarzyszy również niektórym dziennikarzom.
    http://www.bochnianin.pl/index1.php?id=2738

  7. Tak dla czystości sprawy…

    Sami strażacy nie mają jednak wątpliwości, że oczekują właśnie takiego poparcia, jakim wykazał się Eugeniusz Grzeszczak.

    Forum internetowe OSP skrzy od roszczeń.

    Ognik tuż przed wyborami ub. roku był pełen nadziei: Druhny/Druhowie. Uważam, że obecnie trzeba chwilę poczekać. Tak jak jest teraz w polityce, może się nie powtórzyć. Jeśli Pawlak z Tuskiem się dogadają w tej kadencji Sejmu, możemy osiągnąć bardzo dużo dla ochotniczego pożarnictwa. Czego Wam i sobie życzę.

    Ale inny studził: Jasne jest to, że od zawsze rządzą nią [strażą] ci sami ludzie z tego samego kręgu – PSL. Bo tak to wygląda. Druh Pawlak jest kolejnym działaczem tej partii, a nie zauważyłem, żeby to stronnictwo polityczne jakoś nam pomogło.

    Nadzieją strażaków pozostają też… medale. Tak pisze młody_strażak: Ja bym tak Pawlakowi nie wierzył za bardzo. Przed ostatnimi wyborami [do Sejmu] urządzono 85. rocznicę OSP i sypnięto medalami jak za Breżniewa. Mój staruszek też dostał, choć przez trzy lata nie można się było doprosić, bo ponoć tylko jeden rocznie przysługuje na powiat. A wtedy [przed wyborami] z mojej gminy dostało trzech. Jakoś dziwnym trafem „przypisano” nas do PSL.

    Zarząd główny OSP co roku wydaje bowiem uchwały, za którymi idą honorowe medale do najlepszych strażaków kraju. Ale czy najlepszych? Tak pisze o tym Dzbi: Witam Druhowie. W dniu 10 maja [2008] odbyły się w Kamieniu Pomorskim wojewódzkie obchody Dnia Strażaka, na których to były wręczane odznaczenia. My, druhowie, żeby dostać brązowy medal, musimy wykazać lata służby nienaganną służbą w OSP. Na owej uroczystości były osoby niewywodzące się ze struktur OSP, a wytypowane do odznaczenia przez ZG OSP, np. Burmistrz Miasta i Gminy Wolin.

    Sprawdziliśmy. To Eugeniusz Jasiewicz. Co prawda nie jest strażakiem, ale jest z PSL. A za co dostał medal? Jasiewicz: – Nie pamiętam. Musiałbym go znaleźć, bo na nim jest napisane.

    OSP w ub. roku wytłoczyła takich medali ponad 50 tysięcy, a opisy ceremonii wręczeń trafiały na łamy czasopisma „Strażak”. To miesięcznik wydawany przez OSP i dotowany co roku kwotą 300 tys. zł. Z sześcioosobowej rady programowej „Strażaka” połowa to działacze PSL, w tym poseł ludowców Mirosław Pawlak, a przy okazji szef OSP w Świętkorzyskiem.

    Każdy z działaczy PSL pytany przez nas o mariaż ich partii ze strażą odpowiadał jak poseł Kalemba: – A czego wy chcecie od straży?

    Zapytaliśmy Janusza Wojciechowskiego. To peeselowski europoseł, ale i były szef NIK. Gdy stał na straży budżetowych pieniędzy, nieraz jego kontrolerzy sprawdzali transakcje podobne do tej ze sprzedażą strażakom peeselowskiego ośrodka pod Zakopanem lub dotacji przyznawanych przez urzędników powiązanych z PSL.

    Wojciechowski: – Przy takiej unii personalnej straży z naszymi działaczami powinno się unikać takich sytuacji jak ta transakcja.

    – Premier Pawlak z jednej strony stoi na straży budżetu jako wicepremier, a z drugiej szefuje organizacji, w której interesie jest jak najwięcej dotacji otrzymać. Czy jako b. szef NIK nie widzi pan tu konfliktu interesów? – pytamy.

    Wojciechowski: – Macie rację, tu jest konflikt. I uważam, że dla czystości sprawy Waldemar Pawlak powinien jednak zrzec się funkcji szefa zarządu OSP.

    Tak samo sądzi Pedros, który na forum strażackim napisał: Prezes Pawlak daje zły przykład, będąc jednocześnie naszym prezesem i członkiem PSL. Tak nie wolno – to wstyd.

    Źródło: Duży Format

    http://wyborcza.pl/1,76842,5953436,Kasa_druha_Waldemara.html?as=1&startsz=x

  8. 22.03.2010, 19:30,
    ~Fritz Israel
    Co to za jeden ten pan E.Grzeszczak ?Czy to jakiś profesor Onkolog ?Bo ja pracuje w wielkopolskiej służbie zdrowia i takiego pana kolegi nie znam .Widocznie jest mało znany jako specjalista ,bo przypuszczam że jest z prowincji ,ale jak wiem w Słupcy takim lekarzu o tym nazwisku nie słyszałem .A jeśli chodzi o tą inicjatywę badań to jest potrzebna ,ale to jest bardzo spóźniona czasowo sprawa ,bo takie badania powinny być wykonywane profilaktycznie już około 15-20 lat temu ,pięć lat po katastrofie w Czarnobylu ,jak mi wiadomo z statystyk medycznych źródeł zachodnich ,to w samej Wielkopolsce na przestrzeni 20 lat nastąpił siedemnastokrotny wzrost zachorowań na choroby nowotworowe ,gdzie obecnie w Polsce w dużych wojewódzkich centrach medycznych takich jak Gdańsk ,Bydgoszcz W-wa Kraków oraz Wrocław ,Poznań ,Szczecin ,Lublin, bada i się podaje się zabiegom chirurgii onkologicznej i się leczy nadal około 234 tyś pacjentów miesięcznie, Takie jedno badanie w Słupcy wiosny w tej dziedzinie nie zwiastuje, takich badań powinno się zorganizować w każdej gminie i w każdym powiatowym miasteczku co roku .na pewno przyczyniło by się do wykrycia w porę i wyleczenia oraz uratowania dużej liczby ludzi .
    http://www.lm.pl/tv/informacja/50693/Slupca-Walcza-z-nowotworami

  9. Panie Grzeszczak niech Pan nie robi ludziom wody sodowej z mózgu jaki Pan troskliwy. Dam 2 przykłady:
    Zbulwersowani pacjenci odpieraja zarzuty polskich gazet i TV.
    Po ukazaniu sie reportazu oraz artykulu w polskiej gazecie.

    ___________________________________________________________________________________

    Izabela Kalinowska

    „Witajcie Kochani!

    Słyszałam o reportażu który miał mi pomoc , a z tego co się dowiedziałam to tylko skompromitował Franka lekarzy i klinikę w Chinach. Frank nazywa się Kamp, wszyscy nazywają Go Frankiem, tak jak mnie tutaj Izabelą.

    Frank robi tutaj dla nas rzeczy niemożliwe do załatwienia, można liczyć na niego 24 godz. na dobę.
    Codziennie jest w szpitalu , rozmawia z lekarzami o naszym leczeniu i potrzebach.
    Bez Franka nie dalibyśmy sobie tutaj rady!!

    Chińscy Profesorowie jeżdżą na konsultację do USA – nie są żadnymi szamanami którzy lecza za pieniądze jak to przedstawił nasz znajomy reporter M.K.!! To od niego w trakcie robienia wywiadu usłyszałam – „jedź do Chin, ale zrób to z głową i skontaktuj się jeszcze z lekarzami w Polsce”.No i pojechałam na rozmowę z lekarzami w Polsce a co usłyszałam to tego nie napiszę bo aż wstyd i nie chcę żeby to moje dzieci przeczytały.

    Lekarze naprawdę się starają, miałam zrobione tyle badań ile w Polsce nie miałam przez całą chorobę.Cały czas walczę i nie poddam się za CHINY LUDOWE!!!
    Dusza zdrowa , myśli pozytywne a ciało do naprawy i mam nadzieję ze je tu naprawią!!

    Do znajomego reportera M.K.- nie wiedziałam że obłuda ma taki wyraz twarzy i potrafi wzbudzić takie zaufanie w śród ludzi, nie tylko ja to zauważyłam …”

    Izabela Kalinowska

    ____________________________________________________________________________________

    Wioleta Szczerba

    23 marca o godzinie 21.45 na TVP 2 w Magazynie Ekspresu Reporterów ukazał się bardzo stronniczy materiał dotyczący leczenia raka w Chinach:

    tvp/publicystyka/magazyny-reporterskie/magazyn-ekspresu-reporterow/wideo/chinski-cud/1497263

    Jestem jedną z osób organizujących wyjazd Wioli Szczerby do Chin. Uważam ,że reportaż przygotowano tendencyjnie, a nie rzetelnie. Tak przedstawiono sprawy, aby uzyskać własny, zamierzony efekt, a nie żeby obiektywnie przedstawić rzeczywistość. Sugeruje się w tym reportażu, że Chińczycy są oszustami i naciągaczami. Oto cytat zamieszczony na stronie Magazynu Ekspresu Reporterów: “Chorzy na raka i ich rodziny, aby ratować życie, chwytają się dosłownie wszystkiego. Często trafiają na oszustów i naciągaczy. W Polsce coraz częściej organizowane są wyjazdy do lekarzy w Chinach”.
    Szpital Tianjin

    Może parę zdań na temat szpitala, o którym nie wspomniano ani razu w reportażu. Widocznie informacje o miejscu, do którego wyjeżdżają chorzy, są mało istotne dla dziennikarzy. Zapomnieli dodać, że jest to największy i najbardziej znany szpital onkologiczny w Chinach i ma nawet swoją nazwę, która również została pominięta w materiale.

    Szpital Tianjin Cancer Hospital – został utworzony w 1861 roku jako London Christian Church Hospital (Londyński Szpital Kościoła Chrześcijańskiego). Po ustanowieniu Republiki Ludowej w 1950 roku został przemianowany na Tianjin Municipial People’s Hospital (Ludowy Szpital Municypalny w Tianjin). W 1972 roku szpital specjalizował się już w leczeniu nowotworów i miał wtedy 341 łóżek. W następstwie fuzji różnych oddziałów w 1977 i w 1987, szpital jeszcze raz przemianowano w 1996 na: Tianjin Medical University Cancer Institute and Hospital (Instytut i Szpital Onkologiczny Uniwersytetu Medycznego w Tianjin). Każdego dnia wykonuje się około 160 operacji, z czego około 60 to wyłącznie operacje raka piersi. W szpitalu znajduje się 1400 łóżek i leczy się tu wszystkie rodzaje nowotworów.

    Frank Kamp – w materialne przedstawiony jest jako tajemniczy Pan Pośrednik, jest osobą, która oferuje swoją pomoc przede wszystkim w sprawach związanych z kontaktem z lekarzami. To on zorganizował Wioli aż 4 konsultacje przy których uczestniczyło grono onkologów. Każde badania, dokumenty przesłane do Franka, trafiają następnie do rąk lekarzy. Bez jego pomocy funkcjonowanie Polaka w Chinach i na terenie szpitala jest niemożliwe, wiąże się to przede wszystkim z ogromną bariera językową. Frank jest w stałym kontakcie z lekarzami, służy nam swoją pomocą 24 godziny na dobę. To dobry, uczciwy człowiek, nie narzucający się. Jest osobą, na która mogliśmy liczyć w każdej chwili.

    Izabela Kalinowska – W obecnej chwili pacjentka Tianjin Center Hopspital. Oto co pisze na swoim blogu odnośnie kliniki, w której teraz przebywa, oraz reportażu, który ukazał się na TVP 2:

    „Słyszałam o reportażu, który miał mi pomoc, a z tego, co się dowiedziałam, to tylko skompromitował Franka, lekarzy i klinikę w Chinach”
    Całą wypowiedź Izy odnośnie kliniki można przeczytać na jej blogu : pomocdlamojejmamy.345.pl/izaklinika

    To chorzy wywierają presje na chińskich lekarzach. W ludziach przekreślonych w Polsce rodzi się taka determinacja, że zadziwiają i siebie, i innych. Chorzy, którzy nie rokują nadziei na poprawę, w Polsce skazani są na samotne borykanie się z problemami i wegetację w oczekiwaniu na śmierć. Drażni mnie hipokryzja niektórych osób w białych fartuchach, którzy twierdzą, że chorzy na raka wyjeżdżający do Chin mają takie samo leczenie w Polsce i to refundowane przez NFZ, a oni niewdzięcznicy – a może naciągacze, dla kaprysu uparli się na wyjazd do Chin.

    Jestem sarkastyczna, ale przepraszam, ręce opadają. Chorym na raka, w Polsce nierokującym poprawy, w rzeczywistości nie oferuje się nic, oprócz opieki paliatywnej. Oczywiście na odległość. Wszystkie badania, jakie musieliśmy zrobić (bo Chińczycy nie chcieli się zgodzić na przyjazd Wioli bez aktualnych badań), musieliśmy robić prywatnie. Kolejki do badań – nawet płatnych – szkoda gadać.
    Kontakt z lekarzami

    Opiszę przykładowo jeden z dni Wioli w kontaktach z lekarzami.

    Jest to jeden z trudnych dni Wioli. Niesamowicie dokucza jej ból głowy. Ma przyśpieszone tętno i nierytmiczność pracy serca. Wymiotuje. Przecież nie pójdzie do lekarza, bo nie ma jak. Przez telefon lekarz się denerwuje, bo przeszkadzamy mu w jego normalnej pracy. Obiecuje, że jak skończy swoje obowiązki, to zajrzy. W tym czasie dzwonią lekarze z Chin. Chcą przeprowadzić wywiad z Wiolą. No niestety ona jest w złej formie, więc się pytają jakie ma usta -spierzchnięte, jaką skórę ma na stopach – suchą. Stwierdzenie: ona jest bardzo odwodniona – te wszystkie dolegliwości są z tym związane. Proszą o podłączenie kroplówki i nawodnienie jej. Oczywiście sąsiadka załatwiła u lekarza kroplówkę i siostrę, która ją podłączyła. Rzeczywiście – po godzinie Wiola była inną osobą. Nie cierpiącą, uśmiechniętą . Można? Można, tylko jak się chce. To nie jest wina lekarzy, że tak się zachowują. To coś nie tak z organizacją postępowania z tego typu chorymi…
    Dostęp do pomocy w Polsce

    Wiola ma co miesiąc wlewy na wzmocnienie kręgosłupa i czasami tak się zdarzy, że przy jednym transporcie do Szczecina ma jednocześnie naświetlania. Wlewy czasami są płatne. Nie zawsze darmowe, jak to sugerują niektórzy lekarze. Jeśli sam płacisz za zabieg, to nie dostaniesz karetki, a jeśli nawet, po awanturach, uda się załatwić przewóz karetką, to musisz automatycznie załatwić mężczyzn do przeniesienia cię, bo karetka jest tylko z kierowcą. Nadal masz problem, bo jesteś pacjentem nie chodzącym, a w szpitalu musisz przedostać się z jednego budynku do drugiego, a karetka zawiezie cię tylko do jednego. Jak rozwiązać ten problem? W szpitalu nikt tym się nie zajmuje i nie przejmuje. Tak więc musisz zamówić transport medyczny, który przyjedzie po ciebie, zawiezie cię, poczeka. Każde pół godziny czekania to 50 złotych. Następnie przeniosą na inny oddział i jak zakończą naświetlania to przywiozą cię do domu do Dziwnowa. Po normalnej cenie koszt to parę tysięcy. Taniej wychodzi transport do Berlina na lotnisko.

    Powiedzenie, że aby chorować w Polsce to trzeba mieć żelazne zdrowie – to prawda.

    Nigdy lekarze z Chin nie powiedzieli Wioli , aby zrezygnowała z jakichkolwiek zabiegów w kraju. Organizując wyjazd Wioli do Chin wiedzieliśmy, że jest późno, bo i Chińczycy tak twierdzili. Z Wiolą bywało różnie. Często bardzo źle. Ale ten okres, odkąd padło hasło Chiny, to w 90% bardzo dobry okres. Oczywiście nastawiliśmy Wiolę i siebie, że może zdarzyć się, że nie wróci. Nawet ustaliliśmy sposób alternatywnego powrotu. Wiola uporządkowała swoje sprawy. Przygotowała się na najgorsze, choć zapewne wierzyła, że może być tylko lepiej.

    Jak można twierdzić czy choćby sugerować, że chińscy lekarze mamią ludzi, aby wyłudzić pieniądze, skoro zwrócono nam na miejscu w szpitalu wpłacone pieniądze na kuracje! No chyba, że ktoś stwierdzi, że mają powiązania z lotami i firmami ubezpieczeniowymi, bo to faktycznie jest bardzo duży koszt, zwłaszcza dla osób nie chodzących.

    Polska firma ubezpieczeniowa to naciągacze. Kasują “równo”, obiecują bardzo dużo, w rzeczywistości nie dając nic. I to jest draństwo. Wiolę ubezpieczaliśmy jako ciężko chorą, żeby w razie jej nagłego powrotu lub śmierci firma załatwiła wszystkie formalności, bo przecież my nie mamy przedstawicielstwa w Chinach , a oni są potentatem. Było ustalone, że koszty do 35000,- EURO oni pokryją, że zajmą się całą logistyką. Ale jak trzeba było szybko organizować powrót Wioli to okazało się, że firma wycofała się.

    Proszę Państwa, czy sądzicie, że chorzy wyjeżdżają do Chin w ciemno? Ludzie specjalnie dla sprawy zakładają stowarzyszenia , organizują zbiórki pieniędzy, nawiązują kontakty z innymi, którzy leczyli się w klinice. Zadają sobie tyle trudu w załatwieniu wszystkich formalności, żeby jak najszybciej załatwić numery konta w fundacjach, dodatkowe badania. Ci, którzy zajmują się całą organizacja wyjazdu do Chin, siedzą dniami i nocami szukając informacji odnośnie leczenia, kliniki, szukają blogów, ludzi którzy już tam byli. Wszyscy mamy kontakt z sobą, każdy się zna. Znamy każdą historie osób z Polski, które tam były. To są godziny spędzone na telefonie, dni spędzone z Frankiem przy załatwianiu wszystkich formalności, wizy, szczepień , ubezpieczenia, lotów. Później poszukiwania osób które pojada jako tłumacz, pielęgniarka. Proszę pamiętać że do Chin jeżdżą również takie osoby które nie potrzebują organizować sobie zbiórek pieniężnych. Stać ich na leczenie na własny koszt. O nich jest cicho, bo nie potrzebują tego całego szumu medialnego. Takim przykładem jest pewien lekarz onkolog który pozostaje osobą anonimową.
    Polski cud

    Za jeden wlew na wzmocnienie kości w kraju Wiola płaci 2000 złotych plus przejazd bez czekania po wielkich obniżkach 1200, co stanowi razem 3200 złotych. To kto tu robi biznes? Chińczycy, którzy za 10 dni pobytu i intensywnego wzmacniania najpierw na ojomie, potem na sali szpitalnej, wystawili rachunek na 594 dolary, czy Polskie służby ? A ponoć wszystko należy się za darmo!

    W reportażu padają pytania odnośnie leczenia w Chinach: ile to kosztuje? Czy kuracja jest skuteczna? To samo pytanie możemy zadać i w tym wypadku! Ile kosztuje leczenie w Polsce? Czy kuracja jest skuteczna?

    Po powrocie z Chin Wiola miała ciężkie chwile . Potem odzyskała wolę walki i chęć do życia i stała się tą cudowną ukochaną Wiolą. Teraz zaaplikowane w Polsce sterydy dokuczyły jej bardzo i jest źle. Ostatecznie okazało się, że to nie sterydy a naświetlanie, a może jedno i drugie. Niestety na niektóre etapy nie mamy wpływu. Teraz pragnę, aby jak najmniej cierpiała. Jeśli ma się dokonać to co nieuniknione, to niech nie cierpi. Wiola jest cudowną istotą, która dla niejednego winna być wzorem dobroci. Chcę wierzyć, że te trudne chwile to tylko chwile. Ze czeka ją jeszcze dużo bardzo przyjemnych przeżyć i doznań. To dzięki niej przekonaliśmy się, jak wiele ludzi ma w sercach światło dla innych, a Wiola dzięki wielu przeżyła piękne chwile nadziei i czuła realność spełniania się marzenia…
    Linki

    Linki do blogów osób będących w trakcie i po kuracji w Tianjin Center Hopspital:

    Julita która jest Po I etapie kuracji : dlajulity.hb.pl/aktualnosci

    Iza która jest w trakcie kuracji : pomocdlamojejmamy.345.pl/izaklinika

    Iza Sokołowska po II etapowej kuracji (blog Rafała Sokołowskiego, brata Izy) : sokol.rox

    Stowarzyszenie Wiara na Dziwnej

    _______________________________________________________________________________

    Mam na imię Adam (58 l.). Choruje od 2,5 roku. W Polsce zaaplikowano mi 52 chemioterapie, w tym chemioterapie komórkowe które wg opinii polskich lekarzy są najlepszymi z dostępnych w kraju. Wyniki mojej choroby wciąż ulęgały pogorszeniu, narastały przezuty. Po wynikach październikowych (czyli ostatniej chemii) prowadzący mnie lekarz stwierdził, ze nie ma nic lepszego do zaoferowania. Zaproponował mi powrót do pierwszej chemioterapii lub poszukanie innych dróg leczenia np. medycyny niekonwencjonalnej. Własnymi staraniami, znajomościami dotarłem do lekarzy , którzy chcieli mi pomoc. Zaproponowani operację na płucach z usunięciem jednego płata płucnego oraz embolizację na wątrobie, którą wykonano. Embolizacje ledwo przeżyłem. Po 6h w nie do opisania bolach udało sie przywrócić mnie do normalności. W miedzy czasie dowiedziałem sie z massmediów o udanych kuracjach Izabeli Sokołowskiej w Chinach. Zdesperowany własna sytuacją i niewiedzą na temat możliwości polskiej medycyny poczyniłem starania o kontakt z Tjanjin Cancer Hospital. Pomógł mi w tym koordynator w Chinach, Frank Kamp http://www.opgivet.dk/3-92-om-opgivetdk.html

    Przyjęcie do kliniki w Chinach nie jest takie proste jak sie wydaje. Po wysyłaniu wielu wyników badan i wielu video-konferencji z lekarzami chińskimi, zdecydowano się przyjąć mnie do szpitala. Niestety nie wszystkim się jednak to jednak udaje. Wielu osobom chińscy lekarze odmawiają przyjazdu ze względu na zły stan zdrowia. Dzisiaj jestem jednym z nielicznych europejczyków w Tjanijin Cancer Hospital.

    Do Chin przyleciałem 23go lutego. Z lotniska odebrał mnie Frank – człowiek bez, którego tu na miejscu nie byłbym w stanie egzystować. O każdej porze dnia i nocy jest do dyspozycji wraz ze swoja chińską zona Jill. Począwszy od przysłowiowej „szpilki” poprzez sprawy bankowo-gospodarcze do rozmów z lekarzami zawsze mogę na nich liczyć.

    Podczas mojego dotychczasowego pobytu spotkałem młodą kobietę Julite, która opowiedziała mi historie swojej choroby. Dziewczyna której w Polsce odmówiono pomocy wyleciała stad w bardzo dobrej kondycji zarówno psychicznej jak i fizycznej. Jej widok w dniu wylotu z Chin dal mi silę do jeszcze bardziej żarliwej wiary i walki o zdrowie. W międzyczasie dojechała tu Iza z okolic Torunia. Tak jak w przypadku Julity, również i Izabeli zaproponowano w Polsce już tylko leczenie paliatywne. Do tego szpitala trafiają pacjenci z Polski w bardzo zawansowanej chorobie, tacy którym odmówiono dalszego leczenia. Chińscy lekarze podejmują się jednak walki o to co najcenniejsze – o życie. Moim zdaniem maja do dyspozycji najnowszy sprzęt na świecie. Personel lekarski jest bardzo kompetentny, oddany pacjentom a wykonane na mojej osobie 2 zabiegi przeprowadzono perfekcyjnie. Embolizacja odbyła sie bezboleśnie, zupełnie inaczej jak w Polsce. Krioterapie również wykonano bezboleśnie. W chwili obecnej oczekuje na następne zabiegi i jestem wdzięczny chińskim lekarzom, za fakt zainteresowania sie moim trudnym przypadkiem.

    W Klinice jestem prywatnie, powiedziałbym nawet „inkognito”. Nie szukam rozgłosu w środkach masowego przekazu. Zbulwersował mnie artykuł który ukazał się w gazecie oraz reportaż telewizyjny, mówiący o „chińskim cudzie”. Tu nie ma cudu tu jest walka o życie i zrozumieć to może tylko ten, kto tu był. Zarówno artykuł jak i program były bardzo tendencyjne. Zastanawia mnie fakt, dlaczego osoby będące tu w Chinach wypowiadają się z pozytywnie na temat tutejszych metod leczenia, natomiast lekarze w Polsce podchodzą do tego z uśmiechem na twarzy. Łatwo jest wypowiadać się lekarzom w Polsce na temat krioterapii, genoterapi, na temat metody leczenia biologicznego – bo przecież jak wypowiedział się jeden z panów w studio „w Polsce już to wszystko mamy”. Tylko pytam gdzie to wszystko jest? Dlaczego nikt o tym nie wie, dlaczego nikomu nie zostało to zaproponowane?

    Może zamiast polemizować na temat „chińskiego cudu” można by zrobić reportaż gdzie i w jaki sposób chory na raka w Polsce może walczyć z tą chorobą?

    Teraz jesteśmy w Chinach, można by rzec na końcu świata, gdzie zaproponowano nam wspólną walkę o życie, jakże inną od propozycji polskich łóżek paliatywnych.

    Z poważaniem

    Adam
    ________________________________________________________________________________

    Julita Borowiec

    W odpowiedzi na reportaż i artykuł „Chiński cud”

    Mam na imię Julita i jestem jedną z tych osób której wypowiedzi zabrakło w reportażu Expres Reporterów pomimo że byłam leczona podobnie jak Adam, Wiola czy Iza przez okres 6 tygodni w Chinach.

    Jako osoba tam leczona mam więc prawo do wypowiedzi i własnej oceny sytuacji dotyczącej terapii w Chinach.

    Pozwalam sobie nie zgodzić się z autorami w/w reportażu i publikacji prasowej Gazety Wyborczej pt „chiński cud”, traktującej instrumentalnie osoby leczone w Chinach, informacje podane do publicznej wiadomości dotyczące pobytu w Chinach to moim zdaniem tylko pół prawdy czyli całe kłamstwa.

    Mój przypadek według lekarzy w Polsce był nieoperacyjny a z naciekiem na żyłę główną nikt nie dawał mi większych szans. Nie chcę się w tym momencie nawet rozpisywać o tym co czułam, przecież jestem matka trzech małych dziewczynek, które przez najbliższych 15-20 lat będą potrzebowały mojej opieki i wparcia.

    W Polsce miałam ponad 30 chemii i nic (w tym chemię eksperymentalną).

    Kiedy moja sytuacja wydawała się beznadziejna to mieszkańcy Świebodzic, mojego miasta okazali się niezwykle solidarni i pomocni organizując wiele charytatywnych imprez podczas których do skarbonek zbierano na moje leczenie pieniądze . Akacja na rzecz mojego uleczenia nabrała większego zasięgu po informacji nadanej w grudniu 2009 roku w Teleexpresie, Wiadomościach Polsatu oraz wrocławskich Faktach.

    Materiał do stacji telewizyjnych został przygotowany przez panią Dorotę Kaczor.

    Wówczas już wiedziałam że ze względu na brak możliwości dalszego leczenia w Polsce muszę szukać pomocy za granicą.

    Stowarzyszeniu Pomocy na Rzecz Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej naszej lokalnej organizacji udało się trafić w Internecie na Fundację Anny Dymnej, która użyczała jesienią ubiegłego roku konta bankowego i wsparcia Pani Magdalenie Mrówczyńskiej chorej na nowotwór złośliwy. Nasze świebodzickie Stowarzyszenie celem zasięgnięcia opinii nawiązało kontakt z rodzinami osób leczonych w Chinach, wszystkie te osoby polecały nam klinikę chińską a osobę Pana Franka przedstawiały nam w samych superlatywach.

    Nasz pierwszy kontakt z Frankiem był bardzo sympatycznym przeżyciem, opowiadał nam swoje historię związane z Chinami, cały czas podkreślając że nie jest lekarzem kiedy rozmowa schodziła na tematy medyczne. Frank mówił że może pomóc organizując pobyt dla chorej i osób jej towarzyszących, mówił o tradycjach i zwyczajach jakie panują w chińskich szpitalach, np. że , chora osobą zgodnie z chińską tradycją zajmują się krewni, że na terenie szpitala nie ma cateringu, że do obowiązków rodziny należy przygotowanie i dostarczenie choremu posiłków oraz wykonywanie prostych czynności higienicznych itd…

    Przed zakwalifikowaniem mnie do leczenia w Chinach musiałam przygotować komplet dokumentacji medycznej, co nie było łatwe bowiem moje badanie peta zginęło sanitariuszom w karetce a lekarz prowadzący nie chciał przygotować opisu choroby zawierającego chronologiczne informacje o podjętym leczeniu i jego efektach. Ostatecznie opis choroby był amatorskim działaniem laików którzy ze sterty wypisów szpitalnych stworzyli całość.

    Kiedy wszystkie dokumenty medyczne zostały przetłumaczone na język angielski a płyta z badaniem została przesłana do kliniki w Chinach rozpoczął się okres oczekiwania na decyzję Kiedy otrzymałam informacje potwierdzającą zgodę na podjęcie leczenia byłam bardzo szczęśliwa bowiem na powrót otrzymałam nadzieję na juto…

    Wszyscy ci którzy „rzucają we Franka kamieniem” i wyciągają zbyt pochopnie wnioski niech wyobrażą sobie sytuację kiedy lądują na lotnisku na „końcu świata” i dopiero wówczas rozpoczynają działania związane z organizacją pobytu, mając przecież do wykonania naczelny cel jakim jest poddanie chorej osoby leczeniu, proszę pamiętać że to nie wyjazd turystyczny tylko wyjazd ratujący życie. W takim momencie ważny jest czas, spokój i bezpieczeństwo. A nam to wszystko zaoferował Frank. Było by dalece nieuczciwe gdybym nie napisała o tym że Frank pobiera za te usługi opłatę, ale dlaczego to tak gorszy autorów reportażu i artykułu Gazety Wyborczej, czy Frank deklarował się jako Wolontariusz, nic mi o tym nie wiadomo bardziej zastanawia mnie na czyje zlecenie pracowali i za jakie pieniądze autorzy w/w publikacji medialnych, żeby do parteru ściągnąć człowieka który uczciwą ciężką pracą zarabia na utrzymanie.

    Frank pomimo że nie ma biura w Polsce jest do dyspozycji (za darmo) wszystkich którzy chcą się z nim kontaktować przez 24 godziny na dobę, i to bez żadnej przesady, różnica czasów powoduje że Frank czasami w środku nocy odpowiadał na skypie na pytania moje, rodziny i przyjaciół. Nam chorym w Polsce potrzeby jest swobodny dostęp do kontaktów z lekarzami, terapeutami, psychologami a nie wystrojone biura w których nie ma osób życzliwych i kompetentnych. Frank jako europejczyk ( Frank jest Duńczykiem) rozumie potrzeby ludzi z Europy, dlatego tak organizuje pobyt aby w innej kulturze i tradycji wszyscy mieli stworzony jak najlepszy komfort pobytu.

    Frank od wylądowania na lotnisku w Pekinie rozpoczyna swoją pracę tz wyprowadza zagubionych, przybyszów z Europy z tłumu jaki panuje na lotnisku i prowadzi do wynajętego auta którym jak najszybciej dostaje się chora osoba do szpitala na pierwszą wizytę lekarską, dalej droga do wynajętego przez Franka miejsca zamieszkania w którym osoby towarzyszące a czasami i osoba chora ( podczas przerw w leczeniu) spędzi kilka tygodni. Frank pomaga przy założeniu konta w banku bowiem tylko poprzez bank dokonuje się rozliczeń ze szpitalem, dalej zapełnia lodówkę, przywozi wodę ( woda z wodociągu dla nas mogłaby okazać się zgubna ), w razie awarii technicznych w mieszkaniu organizuje wsparcie, pokazuje miejsca gdzie należy robić zakupy spożywcze, jak płacić i ile za usługi jak np. taksówki czy przejazdy komunikacją publiczną, jest naszym przewodnikiem.

    Wracając do opisu samego leczenia, od pierwszego dnia mojego pobytu, pomimo ze nie wpłynęły na konto szpitala jeszcze żadne pieniądze rozpoczęły się badania podstawowe, kolejne dni to rezonans magnetyczny, PET CT scan, Tomograf Komputerowy, dalej operacja guza nowotworowego w okolicach obojczyka, która została przeprowadzona w 10 dniu od przylotu. Operacja poprzedzona była kilkoma konsultacjami z lekarzami z dwóch oddziałów. Przez cały czas trwania kuracji otrzymywałam kroplówki ze składnikami, potocznie zwanymi naturalną medycyna chińską. A opieka ze strony personelu medycznego, lekarzy i pielęgniarek, była bez zarzutu. Na zakończenie pierwszego etapu leczenia miałam przetoczoną i poddaną filtracji krew ( wyprodukowaną z własnych komórek macierzystych). Lekarze chińscy zaraz po przyjeździe do Polski zalecili mi

    wizytę lekarską u onkologa a po okresie 2 miesięcy przeprowadzenie kontrolnego badania PET.

    Kolejny pominięty w reportażu element to bardzo nowoczesny sprzęt medyczny np. cyber knife itd.., a tego urządzenia w Polsce nie ma więc nie tylko suszone żaby jak to było przedstawione w reportażu ale także nowoczesne urządzenia i technologie stosowane w onkologii.

    Nie wiem jaki finał będzie miała moja historia ale dla mnie i moich dzieci ważny jest każdy wspólnie przeżyty dzień, ważna jest nadzieja życzliwość i zrozumienie. A tego doświadczyłam od osób które pomagały mi w Polsce i za granicami naszego kraju od lekarzy i Franka który na „końcu świata” starał się robić co tylko można aby przywrócić mi nadzieję

    Julita Borowiec
    http://www.opgivet.dk/3-185-opinie-pacjentow.html
    —————–
    LDN (Low Dose Naltrexone) czyli kuracja nisko dawkowanym Naltrexonem została zapoczątkowana w 1985 r. przez dr Bernarda Bihari, neurologa z Nowego Jorku.
    Przeprowadzanie przez niego badania kliniczne potwierdziły skuteczność LDN i jest polecane chorym na stwardnienie rozsiane (SM) oraz inne choroby związane z systemem immunologicznym: AIDS, chorobę Crohn’a-Leśniewskiego, chorobę Parkinsona, Lupus (toczeń), SLA, niektóre choroby nowotworowe, łuszczycę i inne.

    W świecie LDN nie jest autoryzowaną metodą leczenia. Zainteresowani stosują LDN na własne ryzyko, muszą też odpowiednie dawki leku przygotowywać samodzielnie, lub z pomocą aptekarzy (poprzez dzielenie dostępnych tabletek 50 mg).

    Działamy od 20 marca 2005 r. W Polsce jesteśmy pierwszą grupą osób zainteresowaną stosowaniem LDN. Z dnia na dzień zdobywamy coraz więcej wiedzy i doświadczenia. Nadal brakuje nam pomocy ze strony lekarzy.
    Lek – Naltrexone (Nemexin® Nalorex® Revia® Antaxon® Celupan® Depade®) – nie jest dostępny w sprzedaży w aptekach w Polsce, ale mamy już rozeznanie w cenach i możliwościach zakupu za granicą.

    Nadal korzystamy z pomocy właścicieli/adminów zagranicznych witryn poświęconych LDN, którzy udostępniają nam swoje materiały – dziękujemy.

    Naszym celem nie jest namawianie kogokolwiek do stosowania LDN. Chcemy rozpowszechnić ten temat w podobny sposób jak to zrobiono w USA, Niemczech, Wielkiej Brytani i innych krajach.
    Każdy znany nam przypadek stosowania LDN w Polsce opisujemy, a jeśli osoba stosująca LDN wyraża zgodę – tekst jest autoryzowany.
    Na forum w dziale „Stosujemy LDN – dzienniki” osoby stosujące LDN opisują swoje spostrzeżenia, uwagi.

    Można sobie zadać pytania… Czy warto podejmować ryzyko stosowania „czegoś” co nie jest do końca sprawdzone i czego działanie nie jest jeszcze dokładnie znane? Czy warto zadawać sobie trud w zdobywaniu, poszukiwaniu leku?
    Na te pytania każdy zainteresowany musi sobie odpowiedzieć sam.

    Obecnie wiele osób na świecie stosuje LDN. Z pozytywnym skutkiem, szacowanym przez różne źródła na poziomie 90-97%. Nasze doświadczenia pokazują, że warto było zająć się tematyką LDN, a nasze dalsze działania będą skierowane w stronę jak najlepszego informowania o wszystkim co ma związek z LDN.

    Nadal oczekujemy na reakcję ze strony PTSR – Organizacji, której Medyczna Komisja Doradcza ma za zadanie „inspirowanie prac naukowych w zakresie leczenia, rehabilitacji i opieki społecznej oraz propagowanie najnowszych osiągnięć medycyny w zakresie etiologii i leczenia stwardnienia rozsianego” [cytat ze Statutu PTSR].

    Redakcja Polskiej Strony LDN
    Sławek Strzelecki
    http://www.ldn.org.pl/viewpage.php?page_id=4

  10. Panie Grzeszczak co dzieje się z tym słynnym pozwem:
    PSL: Będzie pozew przeciwko „Dziennikowi”
    PSL złoży pozew sądowy przeciwko „Dziennikowi” w związku z jego publikacją sugerującą, że partia jest finansowana przez francuską firmę farmaceutyczną – poinformował minister w kancelarii premiera Eugeniusz Grzeszczak.
    Podkreślił, że artykuł „Dz” jest naruszeniem dobrego imienia partii. – Nie możemy tego zostawić samemu sobie, tutaj miara się przebrała – oświadczył. Minister dodał, że ludowcy rozważają, czy możliwe jest rozpatrzenie pozwu w trybie wyborczym.

    – Jeżeli już jest ogłoszona kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego, mamy zgłoszony komitet wyborczy, a publikuje się nieprawdziwe, kłamliwe informacje, które godzą w dobre imię PSL, to wyrażamy przekonanie, że będzie możliwy tryb wyborczy – powiedział Grzeszczak.
    „DZ” napisał w piątek, że dymisja szefa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Leszka Borkowskiego ma związek z odmową zarejestrowania leku francuskiej firmy Servier. Gazeta napisała, że w tej sprawie interweniowało Ministerstwo Gospodarki, sprawą miał interesować się wiceminister Marcin Korolec. Według „Dziennika” Borkowski podejrzewał, że okoliczności starań o rejestrację leku mogą mieć charakter korupcyjny, w styczniu sugerował ABW, że francuski koncern mógł nielegalnie finansować PSL. Gazeta napisała, że ABW bada sprawę od kilku tygodni.
    —————————–
    a teraz opinia fachowca:
    Lek do dupy
    19.04.2010 00:00

    Lek jest niezarejestrowany. Nie wolno go w Polsce produkować. Nie wolno importować. Eksperci uważają, że nie ma właściwości leczniczych, posiada za to niepożądane składniki – zanieczyszczenia. Mimo to lek jest dostępny we wszystkich aptekach, przepisują go lekarze, a pacjenci łykają.
    ANDRZEJ ROZENEK

    Jak to się dzieje?

    Detralex to lek na żylaki odbytu. 31 grudnia 2008 r. wygasło pozwolenie na produkowanie go w Polsce. 31 grudnia 2009 r. wygasło pozwolenie na import. Mimo to lekarze wciąż przepisują detralex, a apteki lek sprzedają. Wszystko wskazuje na to, że będzie się tak działo do 2012 r., gdy skończy się ważność partii specyfiku sprowadzonej do Polski przed grudniem 2009 r. O wyczerpaniu zapasów raczej nie ma co mówić, bo producent leku – francuski koncern Servier zadbał o to, żeby magazyny hurtowni farmaceutyków były pełne.

    Prawo

    Urzędnicy decydują, co jest lekiem, a co nim nie jest.

    Za rejestrację leków odpowiada Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (w skrócie na potrzeby artykułu nazwiemy go Urzędem Biobójczym – UB). Nadzór nad rynkiem leków w Polsce, czyli nad handlem nimi, prowadzi Główny Inspektorat Farmaceutyczny (GIF). Obydwie instytucje podlegają bezpośrednio ministrowi zdrowia (MZ).

    Nad naszym resortem od zdrowotności jest jeszcze prawo unijne. W Unii Europejskiej obowiązuje urzędowy wykaz norm, jakie powinny spełniać produkty lecznicze – Farmakopea Europejska.

    Wydaje się, iż wiadomo, kto za co odpowiada oraz kto w razie wątpliwości ma decydujące zdanie.

    Fakty

    Grudzień 2008. Minister zdrowia po zbadaniu dokumentacji produktu detralex wydaje decyzję o odmowie rejestracji go w Polsce. Od 31 grudnia 2008 r. lek nie może być produkowany w Polsce.

    Marzec 2009. Leszek Borkowski, prezes UB, zostaje w tajemniczych okolicznościach odwołany ze stanowiska. „Dziennik” pisze: Mógł stracić stanowisko, bo nie zarejestrował leku firmy Sewier. Chodzi o detralex. Zdaniem „Dziennika” za odwołaniem Borkowskiego stało PSL. Gazeta ujawniła wystąpienie wiceministra gospodarki (ministrem jest wicepremier Waldemar Pawlak, lider PSL) do resortu zdrowia żądające wyjaśnienia sprawy detraleksu. Według dziennikarzy, ABW wszczęła postępowanie mające wyjaśnić, czy francuski koncern farmaceutyczny nie sponsorował polskich ludowców. Do dziś nie wiadomo, co agencja ustaliła.
    Marzec 2009. Główny Inspektorat Farmaceutyczny na wniosek firmy Servier całą powagą urzędu oświadczył, że detralex jest dobrym lekiem oraz że nie wydał decyzji o wycofaniu go ze sprzedaży ani nie zakazuje obrotu nim.

    Sierpień 2009. Na wniosek producenta leku, firmy Servier, Ministerstwo Zdrowia powołało międzynarodowy zespół ekspertów do zbadania prawidłowości procedury rejestracji detraleksu w Polsce. Zespół stwierdził, że decyzja o odmowie rejestracji była prawidłowa.

    Grudzień 2009. Wygasło pozwolenie na import detraleksu. Od 31 grudnia 2009 r. nie wolno go importować do Polski. Koncern Servier zadbał jednak o to, aby w magazynach leku było pod dostatkiem.

    Rok 2010. Detralex jest dostępny w każdej aptece.

    Lek

    Kluczowe wydaje się pytanie, czy detralex leczy, czy szkodzi. Najpierw oddajmy głos producentowi, oto jego oficjalne oświadczenie:

    W związku z rozpowszechnianymi ostatnio nieprawdziwymi informacjami dotyczącymi leku Detralex®, firma Servier oświadcza, że Detralex® jest lekiem skutecznym i bezpiecznym.

    * Detralex® jest stosowany w Polsce od 1992 roku w leczeniu pacjentów z przewlekłą chorobą żylną i chorobą hemoroidalną. * Detralex® jest zarejestrowany w 109 krajach i ma taki sam skład na całym świecie.
    * Detralex® jest stosowany przez 2 miliony pacjentów każdego miesiąca. Unikatowy skład leku Detralex® przekłada się na jego skuteczność, dzięki której Detralex® jest lekiem rekomendowanym w wytycznych polskich, europejskich i amerykańskich.
    * Wysoka jakość leku Detralex®, który powstał w laboratoriach Sewier została udokumentowana w wielu badaniach klinicznych, które wykazały wysoką skuteczności bezpieczeństwo leku.

    Detralex® jest dostępny w aptekach zgodnie z obowiązującym prawem, to lek spełniający kryteria czystości, bezpieczny i może być kupowany na podstawie ważnej recepty lekarskiej na dotychczasowych zasadach.

    A teraz urzędnicy: Francuska firma Sewier nie zharmonizowała (proces powtórnej rejestracji leku w związku z przepisami unijnymi – przyp. A. R.) w Polsce trzech leków. Wśród nich jest też produkt, który w kraju producenta został skreślony w 2005 roku z listy leków jako nieskuteczny. (…) Mimo wielokrotnych spotkań z producentem, informacje, które uzyskał Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, nie pozwalały na harmonizację. W leku znalazło się 7 substancji chemicznych, pochodnych hesperydyny, wobec których nie posiadamy wiedzy, czy są one obojętne czy szkodliwe dla zdrowia, czy mają działanie lecznicze – Marek Twardowski, wiceminister zdrowia („Rynek Zdrowia” z 19 marca 2009 r.).

    Firma Sewier produkuje lek bardziej zanieczyszczony niż przewiduje to Farmakopea Europejska. (…) Firma Sewier nie wykazała w oparciu o dostępne badania kliniczne skuteczności stosowania produktu Detralex w leczeniu niewydolności żylnej i zaostrzaniu choroby żylaków odbytu. (…) Produkt leczniczy Detralexjest w Polsce wydawany na receptę dla inwalidów wojennych, co z jednej strony obciąża finansowo budżet Państwa, a z drugiej strony stanowi jedno z bardziej istotnych źródeł dochodów Firmy. (…) W wielu krajach produkt leczniczy Detralex występuje jako suplement diety i jest sprzedawany w sklepie obok pieczywa, kartofli i kiełbasy (USA, Niemcy, Włochy itd.) – Leszek Borkowski, prezes UB, w piśmie z 5 lutego 2009 r. do minister zdrowia Ewy Kopacz.

    Na kluczowe pytanie jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Producent twierdzi, że ma zajebisty lek; urzędnicy uważają, że to bubel.

    Kasa

    Prezes Borkowski w swoim piśmie wtrącił kwestię wypisywania leku na receptę dla inwalidów wojennych. To istotne. Inwalidzi dostają ten lek za darmo, a płaci NFZ. Mimo iż inwalidów wojennych w Polsce nie przybywa, wydatki na detralex z kieszeni NFZ, czyli podatników, nie spadają i są znaczące. Czyżby coraz mniej starców miało coraz więcej hemoroidów? Corocznie ubezpieczalnia dopłaca do tego jednego medykamentu ok. 15 min zł. Istnieją cztery zamienniki detraleksu, produkowane przez dwie firmy francuskie, jedną polską i jedną grecką. Jednak żaden z tych leków nie jest przepisywany na receptę dla inwalidów wojennych.

    Jaki interes mają lekarze w przepisywaniu akurat tego, a nie innego medykamentu? Kierują się oczywiście dobrem pacjenta, wybierając lek najtańszy (w tym przypadku darmowy) i być może najskuteczniejszy. Ale czy tylko?

    Prawo raz jeszcze

    Niezależnie od tego, czy detralex jest dobry, czy nie, w poważnym państwie decyzje ministra powinny być respektowane. Art. 122 prawa farmaceutycznego mówi: W razie stwierdzenia, że produkt leczniczy nie odpowiada ustalonym wymaganiom jakościowym, Główny Inspektor Farmaceutyczny podejmuje decyzje o zakazie wprowadzenia lub o wycofaniu z obrotu produktu.

    Dwie decyzje Ministerstwa Zdrowia mówią o tym, że detralex nie tylko nie odpowiada ustalonym wymaganiom jakościowym, ale że w ogóle nie może być zarejestrowany ani importowany. Główny Inspektorat Farmaceutyczny podległy resortowi zdrowia zdaje się tego nie dostrzegać.

    Wnioski

    Są dwie możliwości.
    Pierwsza: Potężny koncern farmaceutyczny ma ogromne wpływy na niektórych urzędników i polityków, jest w stanie odwołać prezesa urzędu centralnego i tak lawirować między przepisami, żeby mimo braku rejestracji legalnie sprzedawać zakazany lek. Czyli kpić sobie z polskiego prawa i państwa.

    Druga: Kilku urzędników państwowych, jedna minister, przy wsparciu międzynarodowych ekspertów uwzięli się, żeby wykończyć jeden lek konkretnej firmy. Dybią też na obolałe od żylaków odbyty wojennych weteranów, ale te się jakoś bronią.

    Niezależnie od tego, która z tych możliwości zachodzi, nie można sprawy detraleksu zostawić bez rozstrzygnięcia, bo to tylko przykład gry z koncernami o zdrowie i pieniądze.

    Servier a sprawa iwabradyny

    W 2007 r. „Dziennik” ujawnił aferę z wpisaniem iwabradyny na listę leków refundowanych. Korzystną dla koncernu farmaceutycznego Servier decyzję podjął wiceminister zdrowia Bolesław Piecha na dwa dni przed ustąpieniem rządu Jarosława Kaczyńskiego. Stało się jak ustalili dziennikarze, pod wpływem konsultacji z przedstawicielami firmy produkującej lek.

    Źródło: http://www.informacje.farmacja.pl/rec-act-wiecej-id-10232.html

  11. Dziś Polska znajduje się na szarym końcu opieki medycznej chorych na choroby nowotworowe i to z powodu złej polityki oszczędnościowej MZ gabinetu min Kopacz . Przytoczę państwu artykuł z prasy medycznej jednych z czasopism zagranicznych ,który ukazał się w Izraelu .pt W Polsce choroba to dramatyczna walka o przetrwanie Z racji swojego zawodu dużo jeździe po ośrodkach i przychodniach lekarskich Polski powiatowej, Poradnie Onkologiczne są przepełnione pacjentami w różnym przedziale wiekowym od 18-65 lat Wszystko obywa się według wyrafinowanego i tego samego scenariusza w którym średnio dziennie lekarz onkolog przyjmuje 50-60 pacjentów ,lekarze ci nie kierują na specjalistyczne badania, wizyty obywają się nie wiadomo poco na przeprowadzonej krótkiej rozmowie ..’no jak się pani dzisiaj czuje no dobrze to zgłosi się pani za trzy miesiące ,ale niech pani nie zapomni sobie zrobić markery w laboratorium i zdjęcia rtg płuc ale prywatnie bo ja skierowania pani nie dam z uwagi że mam już wyczerpany limit i nie będę za nikogo płacić ,a jeśli już się wykuka jakieś skierowanie np. na Tomograf komputerowy w jakieś `Zaprzyjaźnionej placówce pana konowała’ to jest to miejsce oddalone 50-80 kilometrów gdzie niekiedy chora pacjentka musi obyć tą podróż kilka razy ,po to oby odebrać wypis i wynik Tomografii bo specjalista to też człowiek nie maszyna pracuje tylko do 15-tej a miedzy czasie wykonuje prace dla miejscowych szpitali. ..Ogólnie trudno jest dostać jest skierowanie na mammografie przez specjalistę ,a dostanie jej graniczy się z cudem ,chyba że zaliczy się wizytę prywatnie i prywatnie zapłaci się za mamo grafie Z różnych statysty medycznych z czasopism zachodnich to w Polsce jest siedemnasto krotny wzrost zachorowań na choroby nowotworowe tylko w regionie Wielkopolskim w ciągu ostatnich pięciu lat.
    .Osobiście uważam że ostatnie ciche plany rządu i pani minister Kopacz na temat przymusowej prywatyzacji wszystkich placówek służby zdrowie ,dopiero dokopią tak społeczeństwu bardzo zdrowo ,i to zdrowo do tyłka (że ludzie będą umierać z braku opieki Medyno lekarskiej na ulicy ale zdychać gdzie popadnie) bo już teraz są limity i wielkie ograniczenia przez decyzje oszczędnościowe narzucone przez Ministerstwo Zdrowia NFZ-towi o nie płaceniu za nie które chemoterapie nie alternatywne czyli standardowe wykonywane w klinikach onkologicznych na terenie całego kraju .I tu jest właśnie temat na debatę sejmową i dla naszego pana prezydenta gdzie zaistniała groźbą braku bezpieczeństwa zdrowotnego większości naszych obywateli ,gdzie prezydent w myśl konstytucji powinien uruchomić stosowne decyzje w ochronie zdrowia wszystkich obywateli
    http://www.konin.lm.pl/aktualnosci/informacja/49239/Nowy-stary-ordynator

  12. Podobnia jak Pan nic nie zrobił dla osób chorych na nowtwór tak samo Pański kolega z klubu nić nie zrobił dla osob chorych na stwardnienie rozsiane. Cytat:
    Tak kombinowali że przekombinowali.

    ŚWIĄTECZNA ZBIÓRKA ŻYWNOŚCI

    Zachęcam Państwa do udziału w Świątecznej Zbiórce Żywności. Akcją zainteresował mnie ciechanowski oddział Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego (PTSR), z którym współpracuję. Odbędzie się ona 30 listopada i 1 grudnia w różnych sklepach na terenie Ciechanowa. W te dni kupmy coś więcej i przekażmy wolontariuszom organizacji pozarządowych, którzy będą czekać przy kasach. Wśród nas żyją osoby pokrzywdzone przez los, które nie mają środków na zakup produktów żywnościowych na święta…
    Aleksander Sopliński (19:27)
    http://soplinski.blog.onet.pl/23-LISTOPADA-UTWORZYLEM-BIURO-,2,ID269764775,n

  13. http://www.tvn24.pl/12690,1590829,0,12,psl-wytaczamy-proces-dziennikowi,wiadomosc.html

    23:13, 14.03.2009 /TVN24
    PSL: wytaczamy proces „Dziennikowi”
    A EUGENIUSZ KŁOPOTEK SIĘ „PALIKOTUJE”
    TVN24
    – Będziemy domagać się sprostowania insynuacji – zapowiada w Magazynie 24 Godziny poseł PSL Eugeniusz Grzeszczak, zapowiadając pozwanie „Dziennika” za artykuł o rzekomych powiązaniach ludowców z firmą farmaceutyczną. Pozew ma zostać złożony w trybie „wyborczym”, co nakłada na sąd obowiązek ekspresowego rozstrzygnięcia sprawy.
    Poseł Grzeszczak stwierdził, że decyzja kierownictwa Polskiego Stronnictwa Ludowego o wstąpieniu na drogę sądową została podjęta.

    – Myślę, że w okresie kampanii wyborczej do europarlamentu zapadnie szybki wyrok sądowy, który wskaże, co z zarzutów godzących w dobre imię PSL jest prawdą – powiedział Grzeszczak. Odniósł się tym samym do publikacji „Dz”, który zasugerował, że ludowcy czerpali korzyści od francuskiej firmy farmaceutycznej, a ich politycy naciskali na rozstrzygnięcia korzystne dla koncernu.

    Zdaniem Grzeszczaka publikacja dziennika opiera się na „całkowitej nieprawdzie”.
    Adam Szejnfeld o „palikotowaniu”

    To pismo nie było do nas
    Pawlak: Kłopotek często przerysowuje
    – Eugeniusz Kłopotek ma często bardzo ostre wypowiedzi i przerysowujące -… czytaj więcej »
    Poseł Kłopotek się „palikotuje”, bo chce częściej gościć w mediach.
    Adam Szejnfeld

    „Ktoś chce końca koalicji i wyborów”
    – Niektórym osobom z otoczenia premiera Tuska marzy się inny układ… czytaj więcej »
    „Dziennik” zasugerował w piątek, że koncern farmaceutyczny Servier próbował za pośrednictwem kierowanego przez lidera PSL Waldemara Pawlaka resortu gospodarki wpłynąc na ministerstwo zdrowia, aby uzyskać ponowną rejestrację swego leku o nazwie detralex.

    Wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld (PO) przekonywał w Magazynie 24 Godziny, że pismo koncernu Servier, jakie wpłynęło do resortu skierowane w istocie powinno być do resortu zdrowia. Zdaniem Szejnfelda Francuzi mogli nie wiedzieć, dokąd je wysłać. – To, że koncern farmaceutyczny wysłał je akurat do nas wynika z faktu, że w każdym państwie Europy sprawą leków zajmuje się inny ministerstwo – mówił Szejnfeld.

    Kłopotek się „palikotuje”

    Goście programu rozmawiali również o słowach posła Eugeniusza Kłopotka, który stwierdził, że wśród polityków PO zawiązał się układ mający na celu jej rozbicie koalicji. – Poseł Kłopotek się „palikotuje” – skomentował Adam Szejnfeld. – Takimi insynuacjami chce być równie kolorowy i medialny, jak Janusz Palikot – dodał. Polityk PO zasugerował, że takie wypowiedzi Kłopotka mają na celu ściągnięcie uwagi mediów na jego osobę.

    Z kolei były szef PSL, a dziś polityk konkurencyjnego PSL Piast, Janusz Wojciechowski powiedział, że być może takie zachowanie posła Kłopotka to próba przykrycia tego, „co na prawdę się dzieje w koalicji”. – Premier Tusk coraz bardziej myśli o prezydenturze, a dwóch wicepremierów toczy brudną walkę [G.Schetyna i W.Pawlak – red.]

    kg/sk

  14. Jak konkubina Pawlaka weszła do biznesu
    Konkubina Pawlaka chciała robić polityczną karierę. W 2001 r. startowała do Sejmu, z tej samej listy PSL co jej protektor Waldemar Pawlak. Przegrała i porzuciła politykę dla biznesu. W 2003 r. została prezeską firmy 3i, ale weszła też do zarządu spółki Plocman. Od tego czasu firma przynosząca straty stała się dochodowym interesem… dzięki ochotniczej straży pożarnej.
    Pojawienie się Iwony Katarzyny Grzymały dla firmy Plocman było jak dotknięcie czarodziejską różdżką.
    W 2003 roku Grzymała została prezeską firmy 3i, ale weszła też do zarządu spółki Plocman.Tak się składa, że Plocman należy do Wojciecha Nowysza, kolegi Pawlaka ze studiów. Przed przyjściem konkubiny Pawlaka Plocman przeżywał ciężkie chwile. „Był to rok przetrwania”, napisali właściciele w sprawozdaniu z 2002 r., tłumacząc 150-tysięczną stratę. Sprawozdanie z 2003 r. – po przyjściu do firmy Grzymały – jest już entuzjastyczne: przychody milion złotych, zysk prawie 90 tys., a do tego duże wydatki na reklamę i promocję.
    Co się stało? To proste. Plocman zaczął robić interesy z ochotniczą strażą pożarną. Oto nagle w 2003 r. zarząd główny Związku Ochotniczych Straży Pożarnych, kierowany przez Pawlaka, zlecił Plocmanowi opracowanie specjalnego oprogramowania i przeszkolenia ludzi. Dzięki tej współpracy Plocman przeżył kilka tłustych lat. Firma dostawała od strażaków pieniądze w formie „grantów” w latach 2003, 2004 oraz 2007, a w 2005 r. podpisała z nimi umowę na rozwój systemu komputerowego, jego wdrażanie, promocję i szkolenia.
    „Przyniosło to nam korzyści finansowe oraz pozwoliło zająć wysoką pozycję na polskim rynku oprogramowania dla gmin” – tak o współpracy ze strażakami napisali w sprawozdaniu finansowym właściciele Plocmana.
    Zastrzyk gotówki pomógł spółce, na wszystkim skorzystali bliscy i znajomi Pawlaka. Kolega ze studiów dostał dobre zlecenie, konkubina pracę w zarządzie. Na dodatek powiązana z Pawlakiem firma 3i została udziałowcem Polcmana. A wszystko za strażackie pieniądze.
    Za co strażacka organizacja pod dowództwem Pawlaka płaciła spółce związanej z Pawlakiem? Chodziło o oprogramowanie. Strażacy wspierali projekt utworzenia w całej Polsce Gminnych Centrów Reagowania. Te komórki miały powstać w każdej gminie. Zatrudnieni w nich ludzie, używając komputerów i systemów łączności, dbaliby o bezpieczeństwo w chwilach katastrof. Biznes polegał na tym, że straż dostarczała komputery, a Plocman oprogramowanie. Płocka spółka zajmowała się także szkoleniem. Zresztą nie tylko ona – na szkoleniach i wgrywanie oprogramowania załapała się opisana już spółka 3i. Projekt – choć przesiąknięty nepotyzmem – wygląda na sensowny. Niestety tylko na papierze. System wdrażany pracowicie od 2003 r. objął zaledwie 100 gmin, a w dodatku nie działa.
    Przekonaliśmy się o tym sami, odwiedzając gminy na północnym Mazowszu. W Młodzieszynie pani sekretarz gminy była zadowolona, bo dzięki akcji mogła skomputeryzować urząd. A do czego przydaje się system?
    „Jeśli przyjdzie kontrola, to będziemy przygotowani, bo z komputera można wydrukować instrukcje” – tłumaczy Zofia Fabisiak.
    Do tego realnie sprowadza się rola „specjalistycznego oprogramowania”. Nie pomoże ono pani Fabisiak ani jej gminie w czasie klęski żywiołowej na przykład do skoordynowania działań z sąsiadami. Bo sąsiedzi oprogramowania nie kupili. Dlaczego?
    „Nie potrzebuję oprogramowania, żeby zapytać sąsiada, czy ma pożyczyć worki z piachem” – tłumaczy wójt pobliskiego Iłowa Roman Kujawa. „Jak potrzebuję worków, to chwytam za telefon, a jak telefon nie działa, tego ma od tego radiostację”.
    W komputerowe instrukcje wójt także nie wierzy: „Każda gmina ma swoją specyfikę i nie ma programu, który napisze uniwersalną instrukcję. Jak mi wyleje Wisła, to wiem, co robić, bo mam własną instrukcję. Plocman dobijał się do mnie z programem, ale ich odprawiłem”.
    W oddalonym o 20 kilometrów Brochowie GCR działa, ale tylko w piątki, bo pracownik zatrudniony jest na część etatu.
    Oprogramowanie Plocmana kupił Czosnów pod Nowym Dworem Mazowieckim. Tam za sprawy kryzysowe odpowiada Andrzej Zawadzki. Jak przystało na byłego wojskowego, Zawadzki utrzymuje w dokumentach wzorowy porządek i ma przygotowaną instrukcję na każdy rodzaj zagrożenia: od powodzi do obecności dywersantów w Kampinosie.
    Wszystko zrobione na komputerze przy użyciu edytora tekstów Word. ” A program Plocmana?” pytamy. „Mówiąc szczerze, nie używam” – mówi były wojskowy.
    Michał Majewski, Paweł Reszka
    Dziennik
    http://prawdaoplatformie.blogspot.com/2009/03/jak-konkubina-pawlaka-wesza-do-biznesu.html

  15. Do Sądu Okręgowego w Koninie wpłynęły dwa akty oskarżenia wobec grup zajmujących się przemytem i sprzedażą skażonego alkoholu oraz papierosów bez akcyzy. Ich działalność naraziła Skarb Państwa na utratę około 2 mln zł.

    W pierwszej z zakończonych przez Prokuraturę Okręgową w Koninie spraw oskarżonych jest dziesięć osób. Wśród nich znalazł się 45-letni Roman R. z Koła. Mężczyzna od lutego do listopada zeszłego roku w Kole, Dąbiu, Ruszkowie i innych miejscowościach województwa Wielkopolskiego kierował grupą przestępczą, która wprowadziła do obrotu 800 litrów skażonego alkoholu etylowego i milion sztuk papierosów bez polskiej akcyzy. Tym samym Sarb Państwa stracił ponad pół miliona złotych. Jak informuje Marek Kasprzak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Koninie, w toku śledztwa nie udało się ustalić dokładnego źródła, z którego papierosy i spirytus były sprowadzane. Wiadomo natomiast, że Roman R. przewoził towar zza wschodniej granicy. – Alkohol przeznaczony był do celów przemysłowych. Miał służyć do produkcji podpałek do grilla i rozpuszczalników. Kierownik grupy organizował dostawy rozcieńczalnika, który sprzedawano jako alkohol spożywczy – mówi Marek Kasprzak.

    Szef grupy dostarczał zamówione wcześniej papierosy i alkohol 56-letniemu Mirosławowi M., który przekazywał go 41-letniemu Andrzejowi J. Jak ustalili śledczy, dostawy były przywożone do Dąbia przez młodych mężczyzn z akcentem ukraińskim. Poza współpracującą ze sobą trójką, prokuratura oskarżyła jeszcze siedem innych osób z Koła i Turku, które zamieszane były w proceder nielegalnego handlu.

    Konińska prokuratura wystąpiła również do sądu z aktem oskarżenia przeciwko 47-letniemu Zygmuntowi D. i piętnastu osobom, które działały w jego grupie przestępczej, zajmującej się również przemytem i sprzedażą alkoholu oraz papierosów bez akcyzy. Mechanizm działania obu grup był podobny. Od stycznia do listopada 2007 roku Zygmuntowi D. i jego współpracownikom udało się wprowadzić do obrotu ponad 3,3 mln sztuk papierosów z ukraińską banderolą, około 550 kg tytoniu oraz ponad 4,6 tys. litrów spirytusu. Towar sprzedawany był m.in. w Kole, Kłodawie, Chełmnie, Turku i Dąbiu. Działalność grupy naraziła Skarb Państwa na utratę ponad 1,2 mln zł.

    Członkowie obu grup przestępczych zostali zatrzymani przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego. Zastosowano wobec nich środek zapobiegawczy w postaci poręczenia majątkowego, dozoru policyjnego i zakazu opuszczania kraju. Grozi im do 8 lat więzienia. Szefowie grup czekają na proces w aresztach. W więzieniu mogą spędzić 10 lat.
    http://www.konin.lm.pl/aktualnosci/informacja/57226/Alkohol-z-grilla

  16. Zapytanie nr 1440

    do ministra sprawiedliwości

    w sprawie udzielenia informacji o toczącym się postępowaniu karnym w przedmiocie tzw. afery tankowni w Bochni

    W związku z toczącym się procesem karnym przed Sądem Rejonowym w Tarnowie w sprawie ˝tankowni˝ – bocheńskiej stacji benzynowej wybudowanej na podstawie dokumentów wydanych z naruszeniem miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego na działce rolnej bez prawa zabudowy, gdzie aktem oskarżenia jest objętych osiem osób, w tym m.in. L. W. – były wieloletni starosta bocheński i były prezes Związku Powiatów Polskich, który jeszcze nie tak dawno pełnił funkcję doradcy sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Eugeniusza Grzeszczaka, zwracamy się o odpowiedź na poniżej przedstawione zapytania.

    W tym miejscu warto podkreślić, iż zarzuty wobec byłego starosty L. W. -męża prokurator Prokuratury Okręgowej w Tarnowie W. W. – a także zarzuty wobec byłej naczelnik Wydziału Architektury i Budownictwa Starostwa Powiatowego w Bochni M. Z., dotyczące podżegania do popełniania przestępstwa, uznane zostały przez Sąd Rejonowy w Tarnowie za przedawnione. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego tak się stało, mimo iż pokrzywdzeni w tej sprawie wielokrotnie na bieżąco informowali (alarmowali) przełożonych prokuratorów prowadzących sprawę o ich co najmniej opieszałości, jeśli nie niedopełnianiu obowiązków służbowych.

    W tym zakresie zgłaszamy zapytania poselskie:

    1. Prosimy o udzielenie informacji w przedmiotowej sprawie, w szczególności na temat przebiegu postępowania przygotowawczego, tj. analizy materiałów dowodowych, od samego początku do samego końca tych samych w sprawie, przesłuchania świadków, prowadzonego przez – wówczas – pana prokuratora Prokuratury Rejonowej w Brzesku Marka Berendę (nadzór pani prokurator Bogusława Słupska-Szapel), panią prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku Ewę Miciuła (nadzór pani prokurator Bogusława Słupska-Szapel), pana prokuratora Prokuratury Rejonowej Kraków-Nowa Huta Pawła Podlaskę (nadzór pan prokurator Mieczysław Plebankiewicz i pan prokurator Bogusław Słupik – prokuratorów Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie) i czasu jego trwania, a w szczególności jak również aktualnego etapu i stanu sprawy.

    2. Czy zostaną wyciągnięte konsekwencje służbowe względem osób, które zaniedbały swoje obowiązki, a jeśli tak, to wobec których i jakie, co ostatecznie implikowało przedawnienie czynów wskazanych powyżej osób?

    3. Czy było prowadzone jakiekolwiek postępowanie w zakresie wyjaśnienia przyczyn i przesłanek udzielenia przez lekarza zwolnienia lekarskiego L. W. na 6 miesięcy, w sytuacji, gdy biegły sądowy działający na polecenie Prokuratury Rejonowej w Krośnie skrócił ten okres o połowę, umożliwiając tym samym przedstawienie zarzutów L. W. i zapobiegając volens nolens kolejnemu przedawnieniu?

    4. Dlaczego w postępowaniu administracyjnym, prowadzonym przy udziale Prokuratury Okręgowej w Krakowie, pani prokurator – wówczas – Prokuratury Okręgowej w Krakowie Ewa Baran (nadzór pan prokurator – wówczas – Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Krzysztof Kozdronkiewicz) do dnia dzisiejszego nie podjęła żadnych działań zmierzających do wstrzymania bezprawnie powstałej i funkcjonującej inwestycji? Bezprawnie – ponieważ zapadł już w sprawie prawomocny wyrok administracyjny o niezgodności przedmiotowej inwestycji z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, a także prawomocny wyrok karny, skazujący inwestora z racji wykonania bez pozwolenia wjazdu do przedmiotowej stacji.

    Mając zatem powyższe na uwadze, prosimy Pana Ministra o ustosunkowanie się do przedstawionej kwestii i stosowną odpowiedź w trybie regulowanym ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora.

    Z poważaniem

    Posłowie Edward Czesak

    i Józef Rojek

    Tarnów, dnia 26 marca 2008 r.
    http://orka2.sejm.gov.pl/IZ6.nsf/main/675845D9

    Pitera zajmie się rządowym ekspertem

    Autor: admin o piątek 1. luty 2008

    Prokuratura oskarża Ludwika Węgrzyna, a Julia Pitera chce przyjrzeć się jego przeszłości. Zapowiada, że w sprawie byłego samorządowca porozmawia z premierem.

    Ludwik Węgrzyn, członek PSL, były starosta bocheński, został doradcą Eugeniusza Grzeszczaka, sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Otrzymał to stanowisko, mimo że ciążą na nim prokuratorskie zarzuty niedopełnienia obowiązków.

    Węgrzyn jest jednym z oskarżonych w głośnym procesie “Tankowni”: stacji benzynowej, wybudowanej w Bochni – jak twierdzi prokuratura – z naruszeniem przepisów.

    Julia Pitera, minister w Kancelarii Premiera odpowiedzialna za zwalczanie korupcji, była oburzona, gdy dowiedziała się od nas, że Węgrzyn został rządowym ekspertem. – To bulwersująca wiadomość. Znam Ludwika Węgrzyna, bo jako szefowa Transparency International sama go ścigałam. Bezzwłocznie powiadomię o tym premiera – powiedziała w rozmowie z “Polską Gazetą Krakowską”.

    Węgrzyn ma doradzać Grzeszczakowi, który również jest członkiem PSL, przede wszystkim w sprawach związanych z działalnością samorządów. Został zatrudniony na 1/4 etatu z miesięczną pensją w wysokości 1000 zł netto. Do Warszawy ma przyjeżdżać raz w tygodniu. Aktualnie pracuje nad reformą samorządu powiatowego. (Polska)

    Pitera Julia przygotuje kolejny raport dla Premiera?
    http://www.tuskwatch.pl/index.php/2008/02/01/pitera-zajmie-sie-rzadowym-ekspertem/

  17. Fragment artykułu
    W otwarciu odkrywki Tomisławice uczestniczył także minister w kancelarii premiera Eugeniusz Grzeszczak i wójt gminy Wierzbinek Paweł Szczepankiewicz.
    http://www.konin.lm.pl/aktualnosci/informacja/53167/Kopalnia-uruchomila-Tomislawice/20
    Źródło: KWB Konin
    Zdjęcia: P. Ordan
    i co ciekawsze cytaty:
    Ciekawe czy Jan Bury byłby zachwycony tym ,co zostawia po sobie kopalnia (ciekawe czy widział Kozarzew i te niby tereny rekreacyjne), gdyby owe wyjałowione po rekultywacji tereny (których nawet g… nie jest w stanie urzyźnić) znajdowały sie niedaleko jego rodowej chałupki. Jan Bury mówi kropka w kropke to, co prawili przed laty towarzysze, kiedy otwierali fabryki cementu, nawozów, hodowle świń, czy innego badziewia.
    Otworzyli odkrywkę mimo protestów społecznych. Ciekawe czy by otworzli, gdyby protesty obywateli wsparł dajmy na to jakiś biskup…prot

    Mam nadzieje że powstanie wreszcie odkrywka „PIASKI” na pograniczu dwóch gmin Rzgowa i Rychwała, są tu dużo bogatsze złoża niż w odkrywce Tomisław. W regionie rolnictwo upada a ziemia jest często bardzo niskiej klasy i nie można z niej wiele uzyskać.
    …. 7 maja br. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu, uchylił częściowo decyzję Samorządowego Kolegium Odwoławczego w sprawie odmowy stwierdzenia nieważności decyzji środowiskowej dla budowy odkrywki Tomisławice realizowanej przez kopalnię węgla brunatnego Konin ” widać że nie wszystko jest OK z tą odkrywką. Sporo osób ma już dosyć metod działania kopalni , jest XXI i wynaleziono o wiele lepsze , nieinwazyjne sposoby uzyskiwania energii ze złóż węgla brunatnego niż metoda odkrywkowa.

  18. ..najwyższy czas rozliczyć tych z tych wszystkich oszustw
    ktore zrojnowały nie jednej osobie życie

  19. No to napiszę coś o FRANKU, słynnym koordynatorze . bzdury ludzie opowiadają myślę że jeśli ktoś bierze tyle za prowizję i właściwie nie robić nic tylko załatwia mieszkanie to jest nieporozumienie, leczenie w chinach za pomocą Franka jest wyrzucaniem pieniędzy które można przeznaczyć na leczenie bo jego prowizja wynosi 5000 USD oprócz tego zarabia na mieszkaniu i przewozie a dojechać można autobusem z lotniska za 35 złote. Ale nie źle mu idzie bo tak się rozpanoszył , że nie dopuszcza nikogo innego kto mógłby pomóc w przyjeździe tam bez niego, opowiada niestworzone rzeczy że bez niego nie da się żyć, bzzzzdura tam jest życie prostsze niż w Polsce , byłam tam i obgadywał jakąś osobę która przyjechała z kimś aby pomóc , no tak uciekło mu trochę kasy koło nosa .

  20. Teściem „Rufia” jest Zenon Siwiński, prezes konińskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Melioracyjnego. W kuluarach mówi się o nim – „prezes wszystkich prezesów”. To człowiek z silnymi politycznymi koneksjami, lokalni samorządowcy oraz parlamentarzyści liczą się z nim, jak z Bogiem. Siwiński jest dobrym znajomym prominentnego polityka PSL, sekretarza stanu w Komitecie Prezesa Rady Ministrów – Eugeniusza Grzeszczaka. Całkiem niedawno prezydent Bronisław Komorowski chciał zatrudnić polityka PSL w prezydenckiej kancelarii. Siwiński i Rufio wielokrotnie powoływali się na koneksje z Grzeszczakiem. Czarno na białym można udowodnić , że wzięli udział w jednej z imprez firmowanych przez Grzeszczaka, gdy był on jeszcze starostą słupeckim. Wydarzenie odbyło się 3 września 2005 r. w Słupcy. Czy Grzeszczak mógł nie podejrzewać czym zajmuje się zięć Siwińskiego”? Czy polityk może w ogóle takich rzeczy nie wiedzieć?
    http://roman-manka.salon24.pl/292483,jak-dziala-mafia-na-prowincji

  21. akurt, wszyscy wiedza, wszyscy pisza, ty najwiecej… i co z tego? to jest forum naszej malej lokalnej gazety, czytaja to jednostki, gazeta nie ma w tym interesu aby sie w takie sprawy mieszac. oni chca istniec i beda pisac o glupotach z chucznymi naglowkami. a to ze z polityki jest kasa, to kazdy wie. do tego masz imunitet i jestes lepszy od boga. napisz cos madrego, jak to widzisz. osobiscie chetnie sie w to zaangazuje, jesli bedzie to sensowne.

  22. Zgłosiłem afery z udziałem posła Grzeszczaka do prokuratury. Jednak poseł jest nie do ruszenia. Na chwile obecną złożyłem skargę na działanie prokuratury do Prokuratora Generalnego

  23. Najpierw był Eugeniusz, później jego żona, siostra żony no i syn. O tym, jak PSL wraz z rodziną Grzeszczaków pobija Słupcę napisała Gazeta Wyborcza.

    Bez decyzji polityków stronnictwa i członków ich rodzin w mieście i powiecie nic się nie wydarzy – tak o skazanej na PSL Słupcy napisał Piotr Bojarski. Autor tekstu opisuje jak toczy się machina, którą w ruch wprawił dawno temu Eugeniusz Grzeszczak. Żona Grzeszczaka jest teraz dyrektorem słupeckiego Zespołu Szkół Ekonomicznych, jej siostra rozlicza dla szkoły jeden z unijnych projektów, a syn Grzeszczaka, Michał, wydaje gazetę, w której ukazują się ogłoszenia o realizowanych przez ZSE projektach. Samorządowcy i ich goście chętnie też odwiedzają gospodarstwo agroturystyczne prowadzone przez Michała Grzeszczaka.
    Więcej o samych swoich w Słupcy można przeczytać w Internecie: http://wyborcza.pl/1,75248,12360268,Sami_swoi_w_Slupcy.html?as=2&startsz=x

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *