Rzut okiem na Wawrzynki

Pierwszym symptomem, że coś jest nie tak, byli wszechobecni sprzątacze. Ponieważ kolor ich kamizelek jest łudząco podobny do tych noszonych przez naszą Policję przez chwilę myślałem, że na ulicach Słupcy trwa jakaś akcja. Owszem, akcja była, ale sprzątania miasta. Drugim objawem, który zwrócił moją uwagę, był nowy znak, który pojawił się na ulicy Warszawskiej. Podświadomie zarejestrowałem jego treść, jadąc tą właśnie ulicą, a szare komórki mojego mózgu zaczęły przesyłać sobie treść. „Doda parking koncert, doda parking koncert” pałętało się po zakamarkach umysłu i kiedy zacząłem się już zastanawiać, dlaczego koncert chce dodać parking, a może to parking doda sobie koncert, mignęła mi przed oczami kolejna karteczka, dzięki której wszystko stało się jasne.

Co prawda na karteczce tej była strzałka i napis „bieg”, ale nie o treść tu chodziło, lecz o kolor. A kolor był różowy! A jeśli połączyć róż, Dodę i sprzątanie miasta, oczywistym było, że zbliżają się Wawrzynki. Być może ciąg skojarzeń ułożyłby się w logiczną całość nieco szybciej, ale przyznajmy – panujące ostatnio upały zmęczyły chyba każdego.
Zastanawiam się tylko, ilu z kierowców, jadąc w sobotę od strony Konina na koncert Dody, dało się nabrać i posłuszni tablicy z napisem „Doda parking koncert” skręcili tam, gdzie znak ów nakazywał, czyli w ulicę Koszucką. I jakie musieli mieć miny, szukając parkingu (nie daj Boże koncertu!) na słupeckim cmentarzu.

A to, że zaczynają się Wawrzynki, widać było gołym okiem już w sobotę. Ulica Warszawska, która i tak zazwyczaj w okolicach kościoła jest zapchana, tym razem, dzięki straganiarzom zapchana była jeszcze bardziej. Miło było mi usłyszeć rozmowę dwóch dżentelmenów, którzy otworzyli szyby w swych usiłujących się minąć samochodach i stoczyli krótką, elokwentną dyskusję. Jeden z nich opisał cała genealogię matki swojego rozmówcy wraz z analizą zawodu, który rzekomo wykonywała, drugi był chyba zoologiem, gdyż przedstawił rozmówcy kilka gatunków zwierząt, z którymi go utożsamiał. Rozmowę pełną intelektualnych wodotrysków przerwali nieobyci w zasadach savoir vivre inni kierowcy, klaksonami poganiając dyskutujących dżentelmenów.

A propos innych kierowców – słupczanin potrafi. Ulica Ratajczaka co prawda wyłączona była z ruchu, więc profilaktycznie postawiono blokady z obu stron. Ale co to za przeszkoda dla słupeckich kierowców! Wystarczy stanąć, zablokować ruch, odsunąć blokadę i przejechać, przy okazji przepuszczając jeszcze kilku cwaniaków i zasunąć blokadę z powrotem. Przecież przepisy są dla idiotów, nieprawdaż?

Ale nieuchronnie zbliżał się czas, na który czekało całe miasto, czyli koncert gwiazdy. Teren przed sceną otoczono barykadami, a po nim kręcili się groźnie wyglądający ochroniarze. Na szczęście tylko wyglądający, bo z chęcią zamienili z zainteresowanymi kilka słów i okazali się być całkiem sympatyczni. Jednym z głównych zadań, które wykonywali, było niewpuszczanie ludzi z alkoholem i szklanymi butelkami na płytę targowiska. Pewne rzeczy wydają się bowiem proste – jeśli organizator mówi, że z piwem i butelkami nie wolno, to nie wolno. Choć z drugiej strony dość śmiesznie to wyglądało, gdy na płycie przed sceną stało kilka osób, a poza bramkami kilkaset. I teraz nie wiem, czy te kilkaset osób akurat spożywało małe co nie co, czy też uwielbiało widok z szerszej perspektywy.

A było na co popatrzeć. Choćby panie z Zespołu Seniora „Odrodzenie”, które zaczęły tak trochę nieśmiało, ale jak już się rozkręciły, to ho ho ho! Tylko zazdrościć takiej energicznej jesieni życia. Później trochę coverów, trochę debiutantów i się zaczęło!

Choć nie – nie zaczęło. Gwiazdy już tak mają, że rozpoczęcie koncertu o ustalonej godzinie jakoś uwłacza ich godności. Żadna szanująca się gwiazda nie zacznie występu na czas. Żadna! Im większa gwiazda, tym większe opóźnienie. A parafrazując świetny skecz Janusza Gajosa można powiedzieć, że największa gwiazda to ta, co w ogóle nie zagra! Doda na szczęście zagrała, spóźniając się jedynie pół godziny. Publiczność, w różnym zresztą zakresie wiekowym, była tak rozentuzjazmowana, że fajnie było widzieć ich miny kiedy po początkowych dźwiękach otwierającego koncert utworu usłyszeli „Potem wyliżę cię niżej ty suko”. Ale w końcu to dorośli ludzie.

Obiektywnie patrząc koncert był naprawdę udany, a mieszkańcy stawili się tłumnie. Podobnie zresztą jak na występ orkiestr dętych, który odbył się następnego dnia. Miło było patrzeć (i słuchać) jak słupecki burmistrz pokazuje, iż sprawnie radzi sobie nie tylko z rządzeniem miastem, ale również z batutą. Człowiek, nomen omen, orkiestra. I tylko taka myśl mi się pojawiła, widząc mieszkańców miasta z zapałem uczestniczących w obchodach święta – dlaczego takie imprezy robi się tylko raz, dwa razy do roku? Oczywiście niekoniecznie z Dodą, niekoniecznie z gwiazdami ale już jak najbardziej z małą gastronomią, karuzelami i koncertami typu „Do grającej szafy grosik wrzuć”? Zapotrzebowanie jest, co doskonale było na „Wawrzynkach” widać.

Ale czy znajdzie się zainteresowanie ze strony włodarzy miasta?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

....