Jerzy Bobrowski – wspomnienia z życia

Czy warto być lekarzem? Młode pokolenie wciąż twierdzi, że studia medyczne to prestiż, jednak nie zaprzeczają, że po ich ukończeniu nie jest łatwo o etaty rezydenckie i specjalizację. Najważniejsze jest jednak to, że medycyna to nie zawód, ale pasja, służba i poświęcenie. Rozpoczynamy cykl poświęcony lekarzom, którzy już nie praktykują – ich wspomnienia odsłonią kurtynę minionych lat spędzonych w białym fartuchu. Jako pierwszy zgodził się z nami porozmawiać budowniczy słupeckiego szpitala – pierwszy ordynator oddziału noworodkowego, pediatra Jerzy Bobrowski.

Jerzy Bobrowski urodził się 14 marca 1936 r. w m. Jazno na Wileńszczyźnie. Pracę zawodową rozpoczął po ukończeniu studiów medycznych (dyplom z dn. 31 marca 1962r.) w szpitalu powiatowym w Śremie, gdzie pracował do 1963 r. W tym roku mija 50 lat od kiedy lek. J.Bobrowski związany jest z Ziemią Słupecką.

STUDIA I PRZYJAZD DO SŁUPCY
– W 1945 r., z rodzicami i braciszkiem, w bydlęcym wagonie towarowym, przyjechaliśmy z Wileńszczyzny do Wielkopolski. Podczas podróży zapadłem na chorobę Heinego-Medina z nieznacznym porażeniem lewostronnym. Po latach, już w ogólniaku zacząłem myśleć, jak pomagać chorym. Dostałem się do Akademii Medycznej w Poznaniu – wybrano mnie starostą roku, pracowałem w Radzie Uczelnianej Zrzeszenia Studentów Polskich, założyłem Klub Medyka na ul. Lampego. Po studiach pracę podjąłem w Śremie, jako asystent oddziału dziecięcego. Rozpocząłem specjalizację i pracowałem tam do 31 sierpnia 1963 r. Trzeba pamiętać, że wtedy wszystkim rządziła partia. Wówczas zostałem wezwany do Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Poznaniu. Pojechałem. Spotkałem tam starszego kolegę ze studiów, który oznajmił mi, że przydzielono mi inną pracę, inne zadania. W Śremie bardzo się mi podobało, jednak planowałem zamieszkać w Poznaniu, ale tam na mieszkanie trzeba było czekać 8 lat – za długo. Zza zamkniętych drzwi wyszedł lekarz wojewódzki, który powiedział, że pokaże mi, gdzie będę pracował. Na dole stała czarna Wołga. Wsadzili mnie do samochodu i przywieźli do Słupcy. To co zobaczyłem przeraziło mnie – okrutne miasto, kocie łby, domy bez kanalizacji i bieżącej wody, w okolicznych wsiach chaty pod strzechami – Kongresówka …

Zaprowadzili mnie do Komitetu Miejskiego partii (mieścił się w budynku internatu przy sądzie). Zaproponowano mi funkcję powiatowego kierownika wydziału zdrowia. Za zadanie dostałem zakończenie budowy szpitala, który stał w stanie surowym. Pokazali mi te gołe mury, bez okien – tylko w pawilonie gruźliczym wstawione były okna. Wówczas moje zniechęcenie zaczęło mijać, gdyż uświadomiłem sobie, że gdy ten szpital powstanie to będzie on jednym z najnowocześniejszych w województwie. Zgodziłem się i tak zostałem w Słupcy. W tamtym czasie w Słupcy pracowało 3 lekarzy, funkcjonowało pogotowie ratunkowe i porodówka w Ciążeniu, kobiety rodziły też w szpitalu w Koninie i Wrześni. Jerzy Bobrowski budował szpital, jednocześnie prowadził specjalizację z pediatrii i poradnię dziecięcą. Najpierw wybudowano budynek mieszkalny dla pielęgniarek i lekarzy (obiekt stoi do dziś za kioskiem prasowym p. Biskupskiej). Budowa szpitala została ukończona 1 sierpnia 1966 r.

BUDOWA SZPITALA
– 10 lat trwała budowa szpitala, ja budowałem go przez ostatnie 3 lata. Roman Grzeszczak prowadził Społeczny Komitet Budowy Szpitala, rozpowszechniano cegiełki na jego budowę. O pieniądze na budowę było trudno. Wydział Zdrowia w Poznaniu nie garnął się bardzo w pomaganiu. Wówczas w terenie powstawało wiele szkół a szpitalem niewielu było zainteresowanych. Musiałem się wziąć za tę budowę. Pracowałem bez ustanku, zarabiałem nie najgorzej, ale też sporo pieniędzy wdawałem na załatwianie pilnych spraw, by budowa szła. Jeździłem do Warszawy, do Poznania – nie brałem delegacji. Na przykład kiedy pojechałem do Warszawy po dokumentację na budynek mieszkalny straciłem sporo kasy, ale to takie były czasy. Niemniej jednak udało się i dokumentacja została przysłana – o jakie było nasze zdziwienie, kiedy po rozpakowaniu paczki okazało się, że przez pomyłkę przysłano nam dokumentację wieżowca. Trzeba też podkreślić, że Słupca miała dobrze zaopatrzony targ – przyjeżdżali tu notable z Poznania na zakupy a ja autobusem woziłem indyki do Urzędu Wojewódzkiego do wydziału zdrowia. Indyki były widać dobre, bo budowa szpitala szła pełną parą.

DOM W GIEWARTOWIE
– Nie chciałem mieszkać w Słupcy, wciąż mi się tutaj nie podobało. Wypatrzyłem sobie kawałek ziemi nad jeziorem w Giewartowie, kiedy jeździłem na ryby. Miejsce to bardzo przypominało mi moje rodzinne okolice w Jaźnie – mieliśmy tam dom nad jeziorem z ogrodem. Kupiłem ziemię i zacząłem się budować. Miejscowi i partia bardzo przyglądali się moim działaniom. Z żoną i córkami mieszkaliśmy w Giewartowie ponad 30 lat.

NA URLOPIE
– Pracy było bardzo dużo, wciąż dyżury. Jednak kiedy przyszedł urlop to chciałem zwiedzić trochę świata a jak się okazało dało się i zarobić. Wyrobiłem sobie uprawnienia pilota wycieczek międzynawowych i razem z turystami zwiedziłem szmat Związku Radzieckiego. Zwiedzaliśmy i handel też kwitł. Za polską odzież przywoziło się złote obrączki, pierścionki i kolczyki.

SŁUŻBA ZDROWIA WCZORAJ I DZIŚ
– Socjalizm to był inny świat. Partia się nie wtrącała za bardzo, bo na służbie zdrowia się nie znała. W szpitalu mieliśmy też partię wewnętrzną – należałem już do partii, bo każdy na stanowisku kierowniczym musiał do niej należeć. Wszyscy zarabiali mniej, nie było tak olbrzymich dysproporcji w wynagrodzeniach jak dziś. Wówczas w służbie zdrowia wszyscy zarabiali porównywalnie tak samo i nie były to wysokie uposażenia. Jednak ja nie mogłem narzekać, bo jako powiatowy lekarz, w 1963 r., zarabiałem 2,8 tys. zł. Na raty wziąłem sobie Wartburga. Ludzie też byli wtedy inni, bo czasy też były szczególne. Nie było procesów – ludzie ufali lekarzom, choć nie zawsze udało się życie ludzkie uratować. Na początku mojej pracy, już w nowo oddanym szpitalu, pewna kobieta zmarła z powodu pęknięcia macicy, zmarło też dziecko – to było straszne przeżycie. Ale były też i wesołe historie, szczególnie kiedy pacjenci chcieli okazać lekarzowi swą wdzięczność. Oczywiście najczęściej próbowali dawać pieniądze, choć nie mieli ich. Do szczególnych historii mogę zaliczyć tę, kiedy pewna mama dziecka zdjęła z palca obrączkę, zostawiła mi ją na biurku i wybiegła z gabinetu. Po czasie udało się ją zwrócić. Jednak chyba najbardziej zaskakująca forma wdzięczności przybyła w worku na plecach pacjentki. Kobieta wyglądała dziwacznie wchodząc do gabinetu z workiem. Zapytałem co ona tam przytaszczyła. Odparła, że połowę cielaka i przepraszała, że tylko połowę, bo całego nie mogła unieść.

•••

W 2011 r. Uniwersytet Medyczny w Poznaniu, z okazji jubileuszu 50-lecia uzyskania dyplomów lekarskich Akademii Medycznej, wydał publikację „Pamiętniki Absolwentów 1960-2010”. W książce tej zawarte są także wspomnienia Jerzego Bobrowskiego.

•••

Od 1966 r. słupecki szpital funkcjonuje. Jerzy Bobrowski zatrudnił pierwszych lekarzy, ordynatorów, pielęgniarki i dyrektora. Sam został ordynatorem oddziału noworodkowego a w roku 1970 objął ordynaturę oddziału dziecięcego. Po latach, przez 10 lat, był również dyrektorem szpitala. Podnosił swoje kwalifikacje, szkolił młodych pediatrów, którzy trafiali głównie do wiejskich ośrodków zdrowia, ale także do Moskwy i … Australii. W wieku 66 lat przeszedł na emeryturę, ale jeszcze przez 3 lata dyżurował w pogotowiu i na oddziale.

Wspólnie z żoną wychował dwie córki: Joanna jest notariuszem w Poznaniu; Natalia jest ginekologiempołożnikiem w szpitalu w Słupcy; doczekał się trójki udanych wnucząt. Mówi, że życie przeminęło bardzo szybko. Dziś mieszka z córką Natalią i jej rodziną, poświęca czas wnukom, wozi je go szkoły i na różne zajęcia, czyta książki i wspomina. Najważniejsze marzenie to takie, by życie, które jemu pozostało, ale także życie jego córek z rodzinami, było zdrowe i szczęśliwe.

Dziękujemy za rozmowę. Życzymy, by marzenia spełniały się każdego dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *